„Xenoblade Chronicles 2” to gra, która spadła na mnie znienacka. Nie wiedziałam w zasadzie nic na temat poprzednich odsłon, ponieważ nie posiadałam platform, na które te gry wychodziły. Niewiele wcześniej rozczarowałam się „I am Setsuna” i bardzo brakowało mi jakiegoś pomysłowego jRPG. Czy „Xenoblade Chronicles 2” udało się godnie wypełnić tę pustkę pomimo mojego braku znajomości poprzednich odsłon serii?

Początkowo po zakupie Switcha planowałam ogranie trzech gier: „Legend of Zelda: Breath of the Wild”, „Super Mario Odyssey” i „Setsuny” właśnie. Kiedy jednak „Xenoblade Chronicles 2” pojawiło się w zasięgu ręki, postanowiłam dać mu szansę. Trailer w eShopie Nintendo i dyskusje na Twitterze zachęciły mnie do zgłębienia tematu i ostatecznie do zakupu w dniu premiery.

Jak już wspomniałam, nie jest to pierwsza odsłona serii. Jako pierwsze w 2010 roku pojawiło się „Xenoblade Chronicles”, w które początkowo można było zagrać wyłącznie na Wii, ale ostatecznie w 2015 roku doczekało się remake’u na New Nintendo 3DS. Gra została stworzona przez studio Monolith Soft, mające w swoim portfolio również „Xenogears”, które darzę bardzo dużym sentymentem. Początkowo, po wykupieniu Monolith Soft przez Nintendo, „Xenoblade Chronicles” powstawało pod roboczym tytułem „Monado: Beginning of the World”. Historię osadzono w bardzo pomysłowej scenerii – nasz główny bohater, Shulk, porusza się po dwóch gigantycznych tytanach, które wiele stuleci wcześniej zastygły w trakcie walki. Na grzbiecie tytana o imieniu Bionis rozwinęła się natura, z kolei na drugim, o imieniu Mechonis – technologia. Niestety, w pewnym momencie maszyny przedostały się na Bionisa, siejąc zniszczenie pośród kolonii, jakie tam powstały. Nasz bohater wchodzi w posiadanie specjalnego miecza, Monado (stąd zresztą pierwotny tytuł), który jako jedyny jest w stanie pokonać maszyny – mówi się, że miecz ten należał niegdyś do samego Bionisa. Twórca „Xenoblade Chronicles”, Tetsuya Takahashi, stworzył tę koncepcję już w 2006 roku – aby zespół był w stanie lepiej wyobrazić sobie scenerię, z którą przyjdzie mu pracować, powstała nawet specjalna makieta przedstawiająca walczące tytany.

Bionis i Mechonis – pierwszy koncept.

„Xenoblade Chronicles” może się również pochwalić imponującymi ocenami na Metacritic – odpowiednio 92/100 (na bazie opinii 59 krytyków) oraz 9/10 (na bazie 1088 ocen). Gracze bardzo pozytywnie oceniali konstrukcję świata, fabułę oraz bohaterów, przy czym niestety wygląd gry w remake’u na New 3DS pozostawia podobno wiele do życzenia.

W roku 2015 na WiiU pojawiło się „Xenoblade Chronicles X”, którego jednak nie można nazwać kontynuacją. Chociaż gameplay i realia świata przedstawionego opierały się na podobnych założeniach, gra nawet zgodnie ze słowami twórców miała się skupić bardziej na pokazaniu możliwości sprzętowych, niż wplatanych w grę wątkach filozoficznych i próbie poszukiwania odpowiedzi na trudne pytania. Tytuł spotkał się z mieszanym odbiorem – jedni gracze chwalili ją za możliwość pilotowania gigantycznych robotów zwanych Skellami, inni krytykowali za banalne rozwiązania fabularne i nieciekawych bohaterów (co ciekawe, w XCX sami mogliśmy stworzyć bohatera, którego prowadziliśmy przez całą fabułę). Mimo niejednokrotnie skrajnych opinii gra może pochwalić się wynikiem 84/100 przyznanym przez krytyków w serwisie Metacritic oraz oceną 8.9/10 przyznaną przez około 1666 graczy.

„Xenoblade Chronicles 2” również nie jest bezpośrednią kontynuacją żadnej z poprzednich odsłon, co na początku nie było dla mnie do końca oczywiste. Owszem, jest wiele elementów wspólnych, które potwierdzają umiejscowienie w tym samym uniwersum, ale raczej ograniczają się do smaczków – znajomość poprzednich części nie jest wymagana, aby rozpocząć przygodę z XC2. Bardzo zaciekawiły mnie trailery, a znając wcześniejszy dorobek Monolith Soft spodziewałam się dobrej historii i angażującej rozgrywki. Nie lubię wskakiwać w historię „w połowie”, więc pewnie nie zdecydowałabym się zagrać w ten tytuł, gdybym nie mogła od niego rozpocząć przygody z uniwersum Xenoblade.

Muszę przyznać, że odkrywanie tego świata już na samym początku sprawiło mi ogromną frajdę. Setting jest bardzo kolorowy, pełen życia, NPC-ów i questów pobocznych. Na pierwszy rzut oka widać silne wpływy klasycznego mangowego stylu projektowania jRGP – zwłaszcza główny bohater wygląda jak żywcem wyjęty z mangi shonen i chociaż nie przepadam za tym stylem, to jest on na tyle spójny i szczegółowy, że jego wady z czasem zmieniają się w zalety. Mimo tego, że nie lubię dziecinnych postaci o wielkich oczach i dziwnych strojach, już pierwsza z lokacji sprawiła, że kilka razy sama do siebie powiedziałam „wow” oraz „aww” – zwłaszcza, kiedy zobaczyłam urocze stworki zwane Noponami.

Nopony są słodkie, ale nie dajcie się zwieść pozorom! 😉

Wspominam o nich na samym początku, bo konstrukcja świata „Xenoblade Chronicles 2” jest bardzo rozbudowana i spotkamy w nim nie tylko ludzi. W świecie nazywanym Alrest ludzie (oraz wszystkie pozostałe istoty) egzystują na powierzchni tytanów, gdyż tylko one są w stanie unosić się nad Morzem Chmur, które obejmuje całą powierzchnię planety. W zależności od specyfiki budowy tytana również miasta i osady bardzo się między sobą różnią – niektóre osadzone są w scenerii zimowej, inne mocno industrialnej, jeszcze inne – leśnej, pełnej fascynujących stworzeń i konstrukcji. Każda ze scenerii jest na swój sposób fascynująca i, co ciekawe, mocno różnorodna.

Uraya, fascynujące wodne królestwo.

Nasz główny bohater, Rex, jest tzw. salvagerem, czyli swoistym złomiarzem, który trudni się wydobywaniem z Morza Chmur różnych przedmiotów o mniejszej lub większej wartości. Czas między poszczególnymi misjami spędza na grzbiecie niewielkiego tytana o imieniu Azurda, który pełni w życiu chłopaka rolę mentora i zastępuje mu rodziców, którzy od dawna nie żyją. Rexa poznajemy w momencie, w którym dołącza do niezwykle niebezpiecznej wyprawy – otóż w odmętach Morza Chmur znajduje się tajemniczy statek z równie tajemniczym ładunkiem, który bardzo chce odzyskać pewna mocno wpływowa grupa. Ostatecznie okazuje się, że owym ładunkiem jest… zapieczętowana przez lata w specjalnej komorze kobieta o imieniu Pyra, która ratując życie Rexa zostaje z nim na zawsze związana specyficzną więzią.

Pyra
Rex, główny bohater gry, oraz Tora, jeden ze stałych towarzyszy.

To właśnie ta więź łącząca bohaterów z ich „bronią” jest w zasadzie osią całej fabuły „Xenoblade Chronicles 2”. Bohaterowie gry bowiem dzielą się na Driverów – czyli ludzi oraz inne istoty żywe w tradycyjnym tego słowa znaczeniu – oraz Blade’y, istoty materialne powstające z wielościennych kryształów. Każdy z Blade’ów posiada szereg umiejętności bitewnych i może przynależeć do jednej z trzech klas – tank, leczącej lub atakującej. Posiada również przypisany żywioł i specjalną broń, którą walczy związany z nim Driver. Naraz do jednego bohatera można przypisać trzy różne Blade’y, ale cały arsenał może się składać nawet z dziesiątek tych nietypowych pomocników. Pośród nich mamy tzw. Rare Blades, czyli istoty o konkretnej historii i wyróżniającym wyglądzie, oraz Common Blades, czyli istoty przydatne, ale niewyróżniające się niczym specjalnym.

Co ciekawe, Blade’y towarzyszą nam przez cały czas trwania gry – wybrane istoty podróżują razem z nami wdając się w dyskusje, przeżywając i komentując bieżące wydarzenia, żartując i nie szczędząc sobie nawzajem uszczypliwości. Mają też swoje misje lojalnościowe i umiejętności, które pomagają w misjach pobocznych. Tak naprawdę każdy z Blade’ów jest pełnowymiarową postacią o konkretnym charakterze, historii i przekonaniach – co jest o tyle ważne, że wraz ze śmiercią Drivera Blade’y nie giną, ale wracają do kryształu, żeby za jakiś czas znów się „odrodzić”. Niestety przy okazji tracą wszystkie wspomnienia, co jest w grze źródłem wielu dramatycznych wątków. Podoba mi się zwłaszcza jeden dotyczący Brighid, jednego z Blade’ów używających żywiołu ognia. Z racji tego, że zawsze jest przypisana wysokim rangą reprezentantom wojska imperium Mor Ardain, jej wspomnienia są zapisywane w specjalnym dzienniku – w ten sposób może przynajmniej częściowo wrócić do przeszłości. Nie pamięta jednak osobiście niczego, co jest zapisane na kartach tego pamiętnika.

Brighid oraz jej Driver, Mórag.

Różne umiejętności Blade’ów wykorzystujemy zarówno w trakcie walki, jak i poza nią. Sam system walki jest, obiektywnie rzecz biorąc, dość skomplikowany, ale bardzo satysfakcjonujący. Nowe tutoriale pojawiają się nawet dobre kilkadziesiąt godzin od rozpoczęcia gry, objaśniając nam dokładnie, jak powinniśmy zestawiać ze sobą combosy i w jaki sposób wyprowadzać najpotężniejsze ataki. Muszę przyznać, że już na samym początku walka sprawiała mi ogromną frajdę, ale dopiero po przejściu mniej więcej 3/4 gry zaczęłam w pełni wykorzystywać potencjał Blade’ów i wszystkich ataków specjalnych. Zdecydowanie jest wtedy na co popatrzeć – poza skutecznością ataki specjalne wyróżniają się często wymyślną animacją, inną dla każdego Blade’a.

Walka może wydawać się skomplikowana przez wzgląd na nagromadzenie różnych wskaźników, ale na szczęście da się ją dość szybko opanować.
Animacje dedykowane poszczególnym Blade’om potrafią czasem wgnieść w fotel. Na screenie jeden z moich ulubionych Blade’ów, Perceval.

Najbardziej nietypowym ze wszystkich Blade’ów jest właśnie Pyra – po pierwsze dlatego, że posiada ogromną moc, a po drugie – tak naprawdę jest dwiema postaciami o różnych charakterach. Nasi bohaterowie decydują się pomóc jej w dotarciu do Raju zwanego Elysium- tajemniczego miejsca, o którym mówi się, że może wszystkim ludziom w Alrest zapewnić bezpieczne i komfortowe życie na stałej powierzchni, a nie na grzbietach tytanów. Raj ma się zgodnie z legendą znajdować na szczycie Drzewa Świata – tajemniczej rośliny, która rośnie w samym centrum Alrest. Dotarcie do Drzewa nie jest jednak rzeczą łatwą – dostępu do niego bronią wielkie mechaniczne stwory, a sam Raj owiany jest mgłą legendy, w związku z czym wielu bohaterów szczerze wątpi w jego faktyczne istnienie. Nie zmienia to jednak faktu, że zgodnie z legendą komuś już wcześniej udało się do Raju dotrzeć – to wydarzenie jest bezpośrednio związane z postacią Pyry, a także Malosa, który również chce dostać się do Raju, ale w zupełnie innym celu. Planuje bowiem zniszczyć Stwórcę i wszystkich ludzi, którzy żyją w Alrest.

Malos

Mówiąc o Malosie nie można nie wspomnieć o głównych antagonistach gry, którzy są bardzo mocną stroną całej historii. Z początku nie znamy ich celów i wydają nam się tylko przeszkadzajkami, które pojawiają się wtedy, kiedy wypadałoby wrzucić do gry jakąś walkę z bossem. Ostatecznie jednak okazuje się, że ich motywy są bardzo sensowne i głęboko osadzone w wydarzeniach z przeszłości, które ukształtowały ich w konkretny sposób. Co więcej, na podstawie tego wszystkiego można dobrze zrozumieć, dlaczego podejmują takie, a nie inne decyzje i dlaczego stają w opozycji do naszych bohaterów. Nie chcę pisać o nich zbyt wiele, żeby nie zepsuć frajdy z samodzielnego odkrywania tej historii, ale przyznam, że niejednokrotnie uroniłam łezkę podczas oglądania scenek ilustrujących przeszłe wydarzenia. Nie da się ukryć, że naszych „złych” niejednokrotnie spotkała ogromna niesprawiedliwość, a dodatkowo napatrzyli się na mnóstwo okropieństw nie tylko w czasie wojny, ale również po niej, kiedy ludzie postanowili pobawić się w bogów.

Dobrze napisani antagoniści to bardzo mocna strona Xenoblade Chronicles 2.

Główni bohaterowie też są postaciami, które sporo w życiu przeszły. Nia, pierwsza z towarzyszy, którzy dołączają do Rexa i Pyry w ich trudnej wyprawie, skrywa niejeden mroczny sekret, a jej Blade, Dromarch, jest z jednej strony gigantycznym i złowrogim na pierwszy rzut oka białym tygrysem, a z drugiej – chyba jedynym głosem rozsądku pośród tej nieszczególnie dojrzałej grupy towarzyszy. W mieście o nazwie Gormott dołącza do nas Tora – reprezentant rasy Nopon, uroczych stworków, które na pierwszy rzut oka mogą się wydawać bardzo dziecinne i głupiutkie, ale nic bardziej mylnego – nie dość, że pośród nich znajdziemy wielu zdolnych naukowców i konstruktorów, to jeszcze Tora jest w drużynie jednym z tanków. Ponieważ Nopony z nieznanych przyczyn nie mogą rezonować z Blade’ami i nawiązać z nimi więzi, Tora postanawia zbudować sztucznego Blade’a i razem z nim dołączyć do Rexa podczas wyprawy.
W czasie trwania gry dołączają do nas jeszcze dwie postaci – Mórag, Inkwizytor imperium Mor Ardain, oraz Zeke, którego prawdziwa tożsamość zostaje wyjawiona dość późno, więc napiszę tylko, że jest jednym z głównych źródeł humoru w grze – przynajmniej do pewnego momentu. Humoru bowiem jest tu sporo, co w połączeniu z ogólnie występującą „uroczością” bardzo łatwo może zwieść gracza.

Uroczy design to tylko przykrywka.

Patrząc na uroczy, momentami nawet cukierkowy design, łatwo XC2 przypisać łatkę słodkiej i przyjemnej gry, która nie porusza zbyt dramatycznych tematów. Nic bardziej mylnego – niejednokrotnie zdarza się, że gra zadaje pytania ważne i trudne, szczególnie w kontekście rzeczywistości, w jakiej osadzono całą historię. Czy dramatem nie jest utrata pamięci po śmierci Drivera, z którym miało się silną więź? Czy dramatem nie jest umierający tytan, którego mieszkańcy muszą zawczasu znaleźć nową powierzchnię do życia – w ramach traktatu pokojowego bądź siłą, bo inaczej zginą razem z nim? Czy dramatem nie są eksperymenty na Blade’ach, które połączone z ludzką tkanką zyskują większą siłę i praktycznie nieśmiertelność? I wreszcie – czy nieśmiertelność to faktycznie coś, do czego chcemy dążyć? To tylko niektóre z pytań, które pojawiają się w kontekście całej historii, a wierzcie mi – to wcale nie są te najtrudniejsze. Gra dotyka bardzo poważnych problemów, takich jak akceptacja, samotność, strata ukochanej osoby czy przerost ambicji, a dodatkowo robi to w sposób bardzo angażujący i nadzwyczaj ciekawy – nie tylko w głównym wątku, ale również w misjach pobocznych. Dla mnie jednak najciekawszym wątkiem był tutaj wątek odpowiedzialności – głównie za ogromną moc, jaką się dysponuje i tego, jak przypadkowe spotkania potrafią odmienić losy świata.

Pisząc o głębi fabularnej nie mogę nie wspomnieć o questach pobocznych i misjach lojalnościowych wszystkich rzadkich Blade’ów. Oczywiście mamy w grze standardowe fetch-questy i zlecenia na pozbycie się potworków, ale poza tym mamy kilka niezwykle rozbudowanych historii, które niejednokrotnie są świetnym uzupełnieniem fabuły albo zabawnym dodatkiem. Do moich ulubionych należy między innymi quest opierający się na postaci Blade’a o imieniu Vess albo taki, w którym pewien Nopon płci żeńskiej poszukuje zaginionego dziecka, które za młodu wpadło do Morza Chmur i zaginęło. Wiele z tych misji ciągnie się przez dużą część gry, ponieważ nie od razu mamy dostęp do wszystkich wymaganych obszarów. Swoją drogą, to właśnie questy poboczne pomagają zapoznać się z obszarami, których w innym przypadku zapewne byśmy nie odwiedzili, a często można w nich znaleźć ciekawe przedmioty lub świetnie zaprojektowane lokacje. Warto eksplorować i włazić w każdą dziurę – wszędzie można znaleźć coś interesującego, co z jednej strony może być dodatkiem, z drugiej – uzupełnieniem uniwersum, którego założenia same w sobie również są bardziej ciekawe.

Misje poboczne i lojalnościowe bywają bardzo zabawne.

Najbardziej podoba mi się to, że w tej grze nic nie jest tak do końca oczywiste i często łapiemy się na tym, że daliśmy się zwieść pozorom – czy to dotyczącym bohaterów, czy niektórych wątków politycznych. Bardzo ważny jest tu motyw odpowiedzialności, o którym pokrótce wspomniałam już wcześniej. Każdy Driver jest bowiem odpowiedzialny za współpracujące z nim Blade’y i to właśnie motywacje bohaterów kształtują również charaktery ich „broni”. Jest to ciekawe zwłaszcza w kontekście Pyry i Malosa – nie zagłębiając się zanadto w fabułę, aby uniknąć spoilerów, napiszę tylko, że bardzo ciekawie obserwuje się ich rozwój jako postaci w kontekście tego, z kim przyszło im związać swoje życie. Wypada to o tyle ciekawie, że w ostatecznym rozrachunku uświadamiamy sobie, jak bardzo losem kieruje przypadek i jakie mogą być konsekwencje, kiedy ogromna moc wpadnie w niepowołane ręce. Zwłaszcza ten wątek śledziłam z ogromnym zainteresowaniem – zestawienie ze sobą Pyry i Malosa oraz ich rozwoju jako postaci świetnie pokazuje, jak bardzo otoczenie ma wpływ na kształtowanie psychiki oraz jak bardzo można wypaczyć nawet najbardziej z pozoru szlachetne założenia. Zaskoczyło mnie to tym bardziej, że po „Xenoblade Chronicles 2” spodziewałam się głównie dobrej rozrywki i świetnego materiału do grindu w wersji przenośnej np. w autobusach, a dostałam epicką opowieść, której nie powstydziliby się scenarzyści najlepszych odsłon „Final Fantasy”. Z drugiej strony jednak mogłam się tego spodziewać po ludziach, którzy stworzyli „Xenogears”. Jestem przekonana, że to właśnie ta gra byłaby dla mnie system sellerem, gdybym wcześniej wiedziała o tym, czego mogę się po niej spodziewać.

Ostatecznie „Xenoblade Chronicles 2” przyniosło mi ponad 120 godzin świetnej rozrywki i absolutnie nie żałuję tego dość impulsywnego zakupu. Co więcej, zakończenie przygody zajęło mi jakieś 100 godzin – pozostałe 20 to opuszczone zadania poboczne, rozwijanie umiejętności Blade’ów i eksploracja świata. Myślę, że przejście głównego wątku z minimalnym grindem to i tak zabawa na około 80 godzin. Jeśli lubicie głębokie, wielowątkowe historie z ciekawym settingiem i wyciskającymi łzy z oczu zwrotami akcji, to ta gra jest zdecydowanie dla was. Nie dajcie się odrzucić cukierkowatemu designowi i, może dla niektórych, przesłodzonym postaciom. Niejednokrotnie czytałam komentarze osób, które właśnie przez wzgląd na design zdecydowały się nie podchodzić ostatecznie do „Xenoblade Chronicles 2” i uważam, że to bardzo niesprawiedliwe podejście w kontekście głębi, jaką można odnaleźć w historii. Także jeśli tylko macie opcję – spróbujcie i przekonajcie się sami, zwłaszcza, że teraz można dostać tę grę w bardzo dobrej cenie.

Anna Nowak