Nie wiem, czy jest to zasługa sentymentu do czasu spędzonego z rodzicielem na Krecie, czy po prostu mojej miłości do wszystkiego, co stara się spojrzeć na ogólnie pojęty folk bardziej nowoczesnym okiem, ale dzień, w którym dowiedziałem się o tym, że w PardonToTu w Warszawie wystąpi Xylouris White, z miejsca stał się jednym z lepszych tego roku.

W moim domu muzyka jest bardzo ciężkim tematem. Mimo iż przygody z instrumentami czy zespołami ludowymi zdarzały się w każdym pokoleniu, to w większości przypadków każdy słucha tylko własnego wąskiego wycinka utworów z różnych nurtów lub w ogóle niczego poza okazyjnym radiem w samochodzie lub kuchni. Dlatego czasem włączenie czegokolwiek głośniej niż norma radiowej muzyki tła przewiduje jest szybko kontrowane wypowiedzią “weź, wyłącz te jęki czy inne rzężenie”, padającą najczęściej z ust mojego ojca. Istnieje natomiast grunt neutralny, który można zebrać w jednym worku z napisem “muzyka ludowa”. Tutaj niejako dostaję dyspensę od domowników na rozkręcenie nieco głośniej różnych ciekawszych rzeczy, wykraczających poza rodzinny kanon wszystkich dźwięków noszących znamiona jakiejkolwiek tożsamości kulturowej wschodu. Ważnym momentem przełomowym, gdy mogłem rozmawiać z ojcem jednym zestawem dźwięków, była wycieczka na Kretę. Mogliśmy wtedy razem słuchać do woli płyt kupionych na straganach bez obaw o to, że któryś z nas będzie miał problem z tym, co drugi wybrał.

Wbrew pierwszym skojarzeniom, duet Xylouris White wcale nie zaczynał w Grecji. Jim White po raz pierwszy spotkał się z Giorgiosem Xylourisem, gdy ten wraz ze swoim ojcem (bardzo znanym i zasłużonym greckim muzykiem, znanym szerzej jako Psarantonis) grał koncert w Melbourne w 1990 roku. Niedługo później, bo w 1992 roku, Jim White wraz z Warrenem Ellisem (Grinderman oraz Nick Cave and the Bad Seeds) i Mickiem Turnerem (the Moodist) założyli zespół Dirty Tree, dzięki któremu White stał się znany większej publice. W 2013 panowie spotkali się w Nowym Jorku i zaczęli regularnie koncertować, co rok później zaowocowało wydaniem pierwszego albumu Goats, który uplasował się na pierwszym miejscu listy Billboard 1 listopada 2014 roku. Dwa lata później ukazał się ich drugi album, Black Peak, przesuwający brzmienie w stronę bliższą “nowoczesności” i kompozycjom bardziej konwencjonalnym z punktu widzenia popkultury.

Między innymi dzięki temu Xylouris White jest w mojej skromnej ocenie projektem przełomowym, potrafiącym wynieść folk na salony i przenieść go w realia muzyki XXI wieku, nie popadając przy tym w skrajności takie, jak często trudna w odbiorze wzniosłość neofolku, czy drastyczne trzymanie się korzeni, jak często robią to wszelkiego rodzaju kapele ludowe. Innym ważnym aspektem jest to, że ten powiew nowoczesności nie przytłacza ani nie zastępuje tożsamości muzyki, jak niekiedy robią to kapele szczycące się graniem gatunków z przedrostkiem folk, jak na przykład folk metalowe bandy, które często zamykają się w tylko jednym z aspektów w którym tworzą, tj. kompozycji, brzmieniu, stronie wizualnej czy języku.

U Xylouris White nawet w utworach takich jak Forging czy Black Peak, gdzie wyraźnie można wyłowić typowo gitarowe riffy grane na lirze czy linię perkusji, którą w nomenklaturze “wychowanych na trójce” można momentami skojarzyć z “metalowym łojeniem”, Xylouris White nawet na chwilę nie wyrzeka się swojego dziedzictwa. Sam performance to też coś, na co warto zwrócić uwagę. Ogółem jestem fanem muzycznych kolosów jakimi są Swans czy GY!BE, więc nie ukrywam zdziwienia, kiedy dwuosobowy zespół jest w stanie stworzyć coś równie przytłaczającego i olbrzymiego, jednocześnie nie rezygnując nawet na chwilę malowania swoją muzyką Kreteńskich pejzaży.

Łącząc to wszystko ze swoistym baletem Jima White’a przy perkusji, gdzie rzeczony muzyk jest w stanie w tempo rzucać pałeczkami w bębny w towarzystwie nonszalanckich gestów oraz z niesamowitą pasją i kunsztem gry na lirze Giorgiosa Xylourisa, otrzymałem jeden z lepszych koncertów, jakie widziałem w swoim życiu. Jeśli ktoś jest ciekawy, jak wygląda wieczór grecki nie polegający tylko na winie i pijackich zabawach, polecam serdecznie zainteresować się twórczością dwóch wspomnianych panów.

Michał Klimiuk