Luc Besson, twórca „Piątego elementu” i „Leona Zawodowca”, powraca z największą produkcją w swojej karierze, filmem, którego budżet (prawie 210 mln USD, z czego 70% to koszt efektów specjalnych) przekracza produkt krajowy brutto niejednego z wyspiarskich państw na Pacyfiku. Jest to jednocześnie najdroższa produkcja niezależna i najdroższy film wyprodukowany do tej pory poza Stanami Zjednoczonymi. Dokąd tym razem zabrała nas wyobraźnia tego wizjonera? Czy „Valerian” zyska sobie miejsce wśród gwiazd, czy będzie tylko kosmiczną osobliwością, o której śpiewa David Bowie w otwierającej film sekwencji?

Reżyser, zafascynowany od młodości komiksem „Valerian et Laureline” stworzonym w 1967 roku przez Pierre’a Christina i narysowanym przez Jean-Calude’a Mezieresa, długo czekał na możliwość przeniesienia uwielbianej przez wielu historii na ekran kinowy. Sam Mezieres, będący autorem scenografii do „Piątego elementu”, już podczas realizacji tego kultowego dzisiaj tytułu, mocno go do tego namawiał. Świadomy ograniczeń filmowych technologii lat 90 Besson zdawał sobie sprawę, że nie jest w stanie w pełni przenieść rozmachu komiksu na język kina. Dopiero powstanie „Avatara” dało twórcy sygnał, aby na nowo uruchomił tryby swojej wyobraźni.

Niezwykle kolorowe widowisko science fiction Luca Bessona rozgrywa się głównie w 28 wieku, w czasach, gdy kontrola umysłu, teleportacja i wirtualna rzeczywistość są integralnymi elementami codziennego życia, a niezliczone egzotyczne gatunki inteligentnych obcych już od stuleci wchodzą w interakcję z ludzkością.

VALERIAN AND THE CITY OF A THOUSAND PLANETS
Photo courtesy of STX Films and Europacorp

Film rozpoczyna się od dwóch ociekających efektami specjalnymi epizodów. W pierwszym mamy okazję zapoznać się z kwitnącą cywilizacją zamieszkującą planetę Mul. Delikatni tubylcy, z miejsca kojarzący się z bladymi kuzynami Na’vi z Avatara, odprawiają swoje rytuały w niemal bajkowej scenerii, dopóki nie zostaną one gwałtownie przerwane przez nadchodzące z kosmosu niebezpieczeństwo. W drugiej sekwencji dwoje rządowych agentów podróżuje do miejsca przypominającego futurystyczne Maroko, gdzie główną atrakcją turystyczną jest olbrzymie targowisko dostępne jedynie przez pewnego rodzaju transwymiarowe akcesoria do wirtualnej rzeczywistości. Zostali oni wysłani na misję odzyskania rzadkiego zwierzęcia, które okazuje się żywym MacGuffinem całego filmu.

Wspomniani agenci to major Valerian (Dane DeHaan) i sierżant Laureline (Cara Delevingne), którzy są młodzi i atrakcyjni. Niestety takie stwierdzenie może posłużyć za pełną charakterystykę naszych bohaterów. Valerian jest kreowany na urokliwego łobuza w typie Hana Solo, ale DeHaan zupełnie nie jest w stanie wiarygodnie wywołać w widzach takiego odczucia. Minimalnie lepiej wypada Delevingne. Jako była modelka ma na pewno niemałe doświadczenie w paradowaniu – jak to robi Laureline – w bikini, uwydatniających biust kostiumach czy wystawnych kreacjach.

Dane DeHaan and Cara Delevignge in Luc Besson’s VALERIAN AND THE CITY OF A THOUSAND PLANETS.
Credit: Domitille Girard © 2016 VALERIAN SAS Ð TF1 FILMS PRODUCTION
Rihanna stars in Luc Besson’s VALERIAN AND THE CITY OF THOUSAND PLANETS.
Photo credit: Daniel Smith © 2016 VALERIAN SAS – TF1 FILMS PRODUCTION

Stacja kosmiczna Alpha, na której rozgrywa się większa część filmu, tytułowe Miasto Tysiąca Planet, roi się od wszelkiej maści humanoidów, egzotycznych obcych i robotów. A jednak tylko Valerian i Laureline dostali znaczącą ilość czasu ekranowego. W obsadzie można znaleźć wiele znanych nazwisk: Clive Owen, Rihanna, Herbie Hancock, Ethan Hawke, a nawet Rutger Hauer, ale prawie wszyscy zostali zepchnięci do krótkich epizodów.

Alpha jest miejscem pełnym cudów, niemal krainą czarów na orbicie. Jednocześnie miejsce to zdaje się błagać o historię wartą takich widoków. Filmowi Bessona udaje się zdobyć uwagę widza jedynie w momentach, gdy agenci przemierzają kolejne sektory stacji, obserwując i wchodząc w interakcję z coraz dziwniejszymi gatunkami. Ostatecznie na końcu tunelu, którym przebijamy się do środka stacji, gdzie czai się podobno wielkie niebezpieczeństwo dla milionów jej mieszkańców, widz napotyka jedynie pustkę. Tętniące życiem miejsce, w którym dzieje się akcja, jeszcze bardziej podkreśla brak jakiejkolwiek iskry u bohaterów.

The Doghan Daguis in Luc Besson’s VALERIAN AND THE CITY OF A THOUSAND PLANETS.
Credit: Courtesy of EuropaCorp © 2016 VALERIAN SAS Ð TF1 FILMS PRODUCTION

Fabuła znajdująca się w centrum tego wszystkiego jest stosunkowo prosta. Besson, który jest jednocześnie samodzielnym autorem scenariusza, obudowuje ją jednak w kolejne warstwy absurdalnych wątków pobocznych i skomplikowanych elementów mających służyć budowaniu świata, aby tylko wypełnić czymś 137 minut filmu. Bardzo często odnosi się wrażenie, że całe sekwencje zostały umieszczone tam tylko po to, aby zachwycić widza projektami i obranym kierunkiem artystycznym. Jednocześnie zachwyt ten jest wymieszany ze znużeniem i oczekiwaniem na jakikolwiek sensowny postęp głównej historii. Dochodzi nawet do sytuacji, gdy całe wątki dałoby się wyciąć z filmu bez najmniejszej szkody dla opowiadanej historii czy ogólnego poziomu satysfakcji u widzów.

Dane DeHaan stars in EuropaCorp’s VALERIAN AND THE CITY OF A THOUSAND PLANETS.
Photo credit: Vikram Gounassegarin © 2016 VALERIAN SAS – TF1 FILMS PRODUCTION

Podczas przerw w akcji mamy możliwość obserwowania bełkotliwych prób Bessona przedstawienia czegoś, co w założeniach miało być romantycznym napięciem pomiędzy dwójką głównych bohaterów. Valerian wciąż niezgrabnie przywołuje teksty o ustatkowaniu się i porzuceniu swojego życia lovelasa (które musimy przyjąć na wiarę w oparciu o jedno zdanie wypowiedziane na początku filmu), a Laureline za każdym razem zbywa go dramatycznie wywracając oczami. Brak jakiejkolwiek chemii pomiędzy tą dwójką niweczy wszelkie próby wykrzesania humoru z tego typu rozgrywek. Prawdopodobnie każdy scenarzysta dopuszczony do współpracy nad tym wątkiem mógłby przepisać te „romantyczne” wymiany w ciągu jednej nocy z nieporównywalnie lepszym efektem.

Samo rozwiązanie intrygi niczym nie zaskakuje. Nawet bez większego wysiłku można rozgryźć ją już w połowie filmu, wszystko dostajemy właściwie podane na tacy. Tym bardziej śmieszy próba dramatycznego wyjaśnienia całej sytuacji, niemal w stylu C.S.I. I to dwa razy w ciągu kilku minut.

Cara Delevingne stars in VALERIAN AND THE CITY OF A THOUSAND PLANETS.
Photo courtesy of STX Entertainment Motion Picture Artwork © 2017 STX Financing, LLC. All Rights Reserved.

W ostatecznym rozrachunku „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” jest dla mnie nieprzyjemnie kłującym rozczarowaniem, kolejnym przykładem niewykorzystanego w pełni potencjału. Nie znalazłem w nim humoru czy wyrazistych bohaterów na miarę tych z innych kosmicznych hitów, jak „Strażnicy Galaktyki” czy „Gwiezdne Wojny”. Paradoksalnie warto wybrać się do kina, najlepiej na seans 3D, aby w pełni doświadczyć rozmachu wizji i możliwości dzisiejszej technologii filmowej. Jest to film wizualnie olśniewający, ekstrawagancki. Jednak wiele jego elementów po prostu nie działa jak należy. Osoby wyjątkowo przywiązane do jakości gry aktorskiej lub błyskotliwości dialogów (co za fanaberie?!) z pewnością wyjdą z seansu zawiedzione. Oddani fani „Piątego elementu” muszą jeszcze poczekać na godnego następcę tego tytułu.

6/10

Tomasz Dziel