Jako fan serii Tomb Raider nie mogłem sobie odmówić przedpremierowego seansu najnowszej kinowej odsłony przygód Lary Croft. Śpieszę więc donieść, że w przeciwieństwie do niedawnej ekranizacji innej serii gier – Assassin’s Creed, film z Alicią Vikander jest oglądalny. Najlepiej na VOD.

Pierwszy film z Angieliną Jolie w roli Lary nie był co prawda udanym dziełem kinematografii, ale przynajmniej próbował widza zabawić sięgając po egzotyczne plenery, modną muzykę, nieoczywiste pomysły inscenizacyjne, czy nawiązania do nieoklepanych w kinie zachodnim kultur i mitologii. Dodatkowo nie tylko czerpał z gier, na podstawie których powstał (niewiele, ale jednak), ale wzbogacał markę o nowe wątki i postacie. Przy nim tegoroczny Tomb Raider wydaje się dziełem niezmiernie nudnym.

Nie dlatego, że na ekranie nic się nie dzieje, bo dzieje się całkiem sporo, ale dlatego, że prawie wszystko wydaje się wyblakłą, tanią i od niechcenia zrealizowaną kopią czegoś, co już w kinie i grach widzieliśmy wielokrotnie. Wszystko sprawia ważnie doskonale nijakiego i pozbawionego charakteru. Brakuje pomysłów na oryginalne pułapki. Poza jednym przypadkiem bohaterowie rozwiązują zagadki w sposób uniemożliwiający widzom jakiekolwiek partycypowanie w tym procesie, przez co są to sekwencje kompletnie nieangażujące. Strzelaniny i pojedynki są zrealizowane od niechcenia, zaś sekwencja skradania wywoła uśmiech politowania na twarzy każdego, kto choć spróbował grać w interaktywny pierwowzór.

Napisałem „sekwencja”, bo film właśnie z takowych się składa, jakby próbując odhaczyć kolejne elementy charakterystyczne dla growego rebootu serii z 2013. Widzimy więc trochę skradania, trochę strzelania, trochę wspinania, trochę skakania, trochę główkowania i bardzo dużo maltretowania bohaterki upadkami z rożnych wysokości. Pod tym względem film jest bardzo wierny grom, kopiując niemalże dosłownie pamiętne sceny z pierwowzoru. Dla jednych może to być fajne nawiązanie, ale ja, oglądając te fragmenty, ciągle myślałem o tym, że fajniej było samemu wykonywać wszystkie te ewolucje, zamiast oglądać ich nieinteraktywne wersję z kiepskimi efektami komputerowymi. W ich miejsce wolałbym świeże pomysły. Jako fan nie mogę też przeboleć faktu, że rodzinę Croftów pozbawiono kilkudziesięciu punktów IQ, co skutkuje ich głupimi decyzjami, oraz dokonano pewnego znaczącego odstępstwa w istotnych w grach wątkach. Nie mogę się jednak na ten temat rozpisać, aby nie zdradzić zbyt wiele.

Brawa należą się za to Alici Vikander, która moim zdaniem wypada w tej roli wiarygodnie zarówno tam, gdzie musi wykazać się sprawnością fizyczną, jak i oddać charakter Lary. Widać, że robi co może, aby ożywić tę postać, zwłaszcza w pierwszym akcie, w którym jest najwięcej życia, energii, humoru i ciekawych, inspirujących pomysłów. Szkoda, że większość postaci i wątków, które w nim oglądamy, nie mają żadnego znaczenia dla późniejszej fabuły. Przynajmniej w tej części. 😉

Jeśli narzekaliście na szybką przemianę Lary w grze z niewinnej dziewczyny w bezwzględną morderczynię, to tutaj przygotujcie się na to, że bohaterka dostanie jeszcze mniej czasu.

Narzekam i narzekam, ale w gruncie rzeczy cieszę się, że nie wyszedł z tego filmu niedorzeczny potworek w stylu wspomnianego wcześniej Assassin’s Creed. Film może dostarczyć rozrywki. Ponieważ jednak robi to w najmniej oryginalny i ciekawy z możliwych sposób, to o ile nie jesteście uber fanami Lary, polecam zaczekać na premierę na VOD.

5/10