W ofercie Netfliksa pojawił się film zatytułowany “The Grey”, polskim widzom znany jako “Przetrwanie”. Nastawiłam się na brutalny, ale ciekawy film o walce z dziką naturą i postanowiłam poświęcić mu te niecałe półtorej godziny. Dostałam coś, co mnie kompletnie zaskoczyło – bo film owszem, jest o przetrwaniu, ale zupełnie nie w taki sposób, jak się tego spodziewałam.

Once more into the fray... For the last good fight I’ll ever know. Live and die on this day... Live and die on this day…

„The Grey” miał premierę w 2011 roku, przy czym w polskich kinach mogliśmy go zobaczyć dopiero w 2012. Pamiętam, że nie wzbudził wtedy mojego szczególnego zainteresowania po przeczytaniu zapowiedzi. Historia opowiada o grupie mężczyzn pracujących przy wydobyciu ropy naftowej. Towarzyszy im John Ottway (Liam Neeson), który dba o bezpieczeństwo ich pracy polując na wilki, które czają się w okolicy i mogą stanowić zagrożenie dla pracowników. Niestety podczas transportu do kolejnej placówki nasi bohaterowie ulegają wypadkowi – samolot, którym podróżowali, rozbija się gdzieś na Alasce i przy życiu pozostaje zaledwie garstka pasażerów. Od tej pory są zmuszeni walczyć o przetrwanie nie tylko z bezlitosnym mrozem, ale również stadem wilków, które – niezbyt zadowolone z tego, że ktoś narusza ich terytorium – postanowiły na naszych bohaterów zapolować.

Już jedna z pierwszych scen każe nam zastanowić się, czym tak naprawdę będzie to, co zaraz przyjdzie nam oglądać. Jesteśmy bowiem świadkami próby samobójczej głównego bohatera, który wkłada sobie w usta lufę karabinu, którego zwykle używa do rozprawiania się z wilkami. Ostatecznie zmienia decyzję i wycofuje się, ale już od tego momentu czułam, że to nie może być po prostu banalna historia o walce z naturą, że film będzie nam próbował przemycić drugie dno. I właśnie tak się moim zdaniem dzieje – podczas trwania całego filmu widzimy “wspomnienia” bohatera, który widzi uśmiechającą się do niego ukochaną, powtarzającą bez ustanku słowa “nie bój się”. Mamy też zacytowany na początku tego tekstu wiersz napisany przez ojca głównego bohatera, który to wiersz towarzyszy nam przez cały czas trwania filmu. Mamy dobre i złe decyzje podejmowane podczas trwania ucieczki, mamy ataki ogromnych wilków, które starają się pozbyć intruzów ze swojego terytorium, mamy rozpaczliwe wołanie do Boga o pomoc, a na samym końcu – starcie z najsilniejszym, największym wilkiem ze stada. Moim zdaniem konstrukcja tego filmu bardzo sprawnie oszukuje nas, że oglądamy film o zmaganiu garstki ludzi z naturą gdzieś w alaskańskich lasach, ale tak naprawdę walka odbywa się zupełnie gdzieś indziej i stawka jest zupełnie inna.

Wobec powyższego muszę temu filmowi wystawić dwie oceny. Uważam, że traktowany jako zwykły film o przetrwaniu nie jest nadzwyczajny. Historia jest ciekawa, ale traktowana dosłownie nie jest niczym, czego nie widzielibyśmy już wcześniej w kinie. Zakończenie może wydawać się przewidywalne, a sposób rozwoju akcji – banalny i momentami nielogiczny. Na wielki plus należy jednak zaliczyć niezwykłe zdjęcia i przepiękną muzykę – od czasu obejrzenia filmu co jakiś czas z przyjemnością włączam ją sobie w tle. Mimo wszystko jednak traktując film dosłownie oceniam go na zaledwie średni, acz satysfakcjonujący. Moim zdaniem jednak dopiero po przeanalizowaniu drugiego dna tego filmu jesteśmy w stanie odkryć cały potencjał tej wielowymiarowej historii.

UWAGA, SPOILERY! 😉

Moją interpretację filmu zmieniła przedostatnia scena, która pozwala mi wierzyć, że wszystko, co przyszło nam oglądać, dzieje się w głowie bohatera – włącznie z tą pierwszą sceną, gdzie John prawie się poddaje, co ma symbolizować próba samobójcza, z której ostatecznie rezygnuje. W przedostatniej scenie bowiem widzimy bohatera leżącego na łóżku z ukochaną, która powtarza “nie bój się”, a dodatkowo jest podłączona pod kroplówkę. Moim zdaniem cała historia, którą oglądamy, jest metaforą jego zmagań z jej chorobą i ewentualnym odejściem. Świadczy o tym szereg scen. Pierwsza, gdzie chce się poddać, ale postanawia walczyć. Kolejna – katastrofa samolotu, czyli cała ta tragedia, z której wychodzi cało, ale już jako inny człowiek. Wszystkie sytuacje, w których próbuje ratować towarzyszy, ale nie jest w stanie wygrać z żywiołem. No i ta jedna scena, gdzie wściekły Ottway prosi o pomoc Boga, który pozostawia jego wołanie bez odpowiedzi. Ostatecznie John dochodzi do wniosku, że o swoje przetrwanie, o wyjście cało z tej sytuacji, musi zawalczyć sam. I chociaż wilki, które atakowały grupę do tej pory symbolizowały problemy, z którymi jako ludzie musimy ścierać się na co dzień i nierzadko nie mamy na to wpływu, to do ostatniej walki – tej z największym wilkiem, najgroźniejszym z nich wszystkich, naszym największym strachem – musimy stanąć z własnej woli i nierzadko postawić na szali wszystko. Jak dodatkowo pokazuje scena po napisach – nawet, jeśli wyjdziemy z tej walki połamani i poturbowani, to wyjdziemy z niej żywi, pogodzimy się z tym, co nieuniknione. Film pięknie pokazuje, że nikt niczego za nas nie zrobi i żadnej walki za nas nie wygra – nawet Bóg. Musimy sami wziąć sprawy w swoje ręce i pogodzić się z własnymi demonami – nawet, jeśli wymaga to od nas zmierzenia się z naszym największym, najbardziej skrywanym lękiem.

Jestem pod dużym wrażeniem tego, jak sprytnie John Carnahan zaszył w tym filmie drugie dno. Gdybym bowiem traktowała ten film tylko i wyłącznie jako thriller przygodowy, zupełnie nie zapadłby mi w pamięć. Doceniam filmy, które zmuszają mnie do tego, żeby się nad nimi zatrzymać, zastanowić, no i nie brać tego, co widzę na ekranie, w stu procentach dosłownie. Polecam ten film wszystkim, którzy tak jak ja lubią zagłębiać się w kolejne dna fabularne – “The Grey” was pod tym względem nie rozczaruje.