Pierwsza część przeglądu najlepszych płyt jakie ukazały się w 2017r.

Slowdive – Slowdive (2018)

Shoegaze, Shoegaze ach ten Szugejz. Wiele gatunków ma swoich wielkich i lubianych, którzy znikają w pewnym momencie swojej kariery, by po kilku latach pracy nad innymi projektami pokazać młod(sz)ym gniewnym, jak powinno się grać prawdziwy [wstaw nazwę gatunku], co niestety czasem nie wychodzi (patrz nowe APC ale o tym później). W przypadku Slowdive, powrót się udał… i w zasadzie tyle mogę powiedzieć.
Nowy longplay, wydany po 22 latach nieobecności, jest ponadprzeciętnym średniakiem w mojej ocenie. Niczym mnie nie zawiódł, ani niczym nie zachwycił. Plusem jest na pewno to, że bez obaw mógłbym odpalić cały nowy krążek obcej osobie bez obawy o “wyłącz to”. Najbardziej rzuca się w “uszy” znacznie prostsza struktura utworów, która w połączeniu z odejściem od typowo shoegazowej ściany dźwięku na rzecz znacznie wyraźniejszej produkcji i wystawionych na przód wokali, daje przyjemnie monotonną kołysankę. Nie mogę powiedzieć, że takiego właśnie powrotu Slowdive się spodziewałem, ale nie jestem zawiedziony.

LCD Soundsystem – American Dream

Odkryłem LCD Soundsystem ledwie kilka lat temu i była to bardziej przelotna znajomość niż jakiś poważny zachwyt. Jednak jako człowiek, który stawia bardzo wysoko w swoim Topie Wszechczasów (nie… nie Kanału 3 Polskiego Radia.) krążek “Remain in Light” Talking Heads, ciężko jest mi nie docenić albumu tak czerpiącego z Talking Heads, jak American Dream. Oczywiście nie jest to w żadnym wypadku jakaś lewa płyta z coverami. LCD Soundsystem dalej zachowuje swoje typowe podejście co do pisania “potańcówkowych bangerów”, okraszonych bardzo przyjemnymi syntezatorami i momentami krzykliwymi wokalami, jednakże przez wszystkie odsłuchy miałem wrażenie, że za moment w wyimaginowany kadr wejdzie David Byrne w za dużym garniturze, który nosił na Stop Making Sense w 1984 i rzuci “And you may ask yourself, well, how did I get here?”.
W American Dream znaczną część prowadzenia utworów przeniesiono na sam rytm, przez co momentami całe instrumentarium zamienia się w kilka gadających się ze sobą sekcji rytmicznych. Każdy, kto kiedykolwiek miał okazję tupać nóżką do The Hives, Franz Ferdinand, czy wspomnianego wcześniej Talking Heads, powinien sprawdzić American Dream.

Brand New – Science Fiction

Z brand new mam delikatny problem. Zespół, który jest uważany za jedno z najważniejszych zjawisk sceny emo, jedna z ważniejszych kapel po roku 2000 i zespół goszczący w loży z przewrotnym napisem /mu/core, nagle złagodniał, stał się bardziej oszczędny, a nawet napisał całkiem chwytliwy radiowo kawałek. Na tej płycie jest wszystko to, czego po Brand New można się było nie spodziewać. Bo jakim cudem można przewidzieć, że zespół który choćby na Daisy bawił się w darcie ryja w stylu post-hardcore, wyda tak spokojny i wręcz momentami trącący gitarą akustyczną album, ze spokojnymi, rozciągniętymi balladami.
Po wydaniu Daisy pojawiały się głosy że Brand New nigdy nie wyda już pełnoprawnego LP, które zostały nawet potwierdzone przez Lacey’a, i mimo iż oficjalnie nie zawiesili działalności, zespół zajął się domykaniem spraw związanych z poprzednimi wydawnictwami, spraw personalnych czy pracą związaną z innymi projektami. Osobiście uważam nowe Brand New za przykład tego, co może się stać, gdy chłopcy z Nibylandii w końcu dorosną, co wcale nie znaczy, że teraz grają tylko i wyłącznie smęty dla nudnych dorosłych. Jest to jedno z moich przyjemniejszych zaskoczeń tego roku.

IDLES – Brutalism

– Punk’s not dead.
– A gówno prawda bo zdech i umar.
Zdarza się czasem coś takiego usłyszeć od poniektórych Januszy z wąsem w koszulkach Brygady Kryzys (zaznaczam, iż osobiście szanuję Brygadę). Tymczasem z tego, co obserwuję, to ma się całkiem nieźle, a nawet trafia na niektóre salony. I nie mówię tu o zespołach przesuniętych bardziej w stronę Green Day czy Blink 182, które na czerwonych dywanach pojawiają się w miarę regularnie, a podejściu do grania i tekściarstwa bliższego takim zespołom jak starsze The Clash, Sex Pistols, czy FUGAZI. Otóż w roku 2017, w kraju herbaty i wku*wionej klasy robotniczej, w Bristolu, Joe Talbot, Adam Devonshire, Mark Bowen, Lee Kiernan i Jon Beavis, wydają album zatytułowany Brutalism jako zespół IDLES. Mój pierwszy odsłuch można podsumować jednym krótkim “O cię w mordę… to jest to!”.
IDLES wymieszali na swojej debiutanckiej płycie długogrającej elementy wyspiarskiej szkoły punku, noise i hardcore z olbrzymią dawką brytyjskiego wku*wienia. Tekstowo album jest mocno związany z matką Talbota, która zmarła w trakcie jego nagrywania (portret kobiety na okładce to właśnie ona, wbrew temu, na co kiedyś trafiłem w internecie, że to twarz Michelle Fairley) oraz bardzo zaangażowanym komentarzem rzeczywistości związanej z życiem i problemami na Wyspach.
Brzmienie trudno jest mi jednoznacznie podpiąć pod jeden gatunek, jak wcześniej pisałem. Obok post punkowej sekcji rytmicznej pociętej tak, że momentami mogłaby udawać maszynę perkusyjną Albiniego z Big Black, pojawiają się gitary brzmiące “złem” rodem z Dies Irae, darty punkowy wokal, atonalne akordy prosto z “noisów”, co w zupełności nie przeszkadza, by puścić tą płytę komuś nieprzyzwyczajonemu do ciężkiej muzyki. Dzięki temu wymieszaniu właśnie, Idles nie popadają w skrajności, a całość brzmi bardzo energicznie, co czuć i słychać już na płycie… a na koncertach jest jeszcze lepiej. Na Brutalism udało się uchwycić możliwie największą część ekspresji, jaką chłopaki z Bristolu generują na żywo. Sam łapię się czasem na tym że o 22:00 drę się do monitora przy outro “White Privilege”. Jedna z lepszych płyt tego roku jeśli nie najlepsza!
WELL DONE!
PS: Sam album znalazłem dzięki polecajkom na Youtube, podczas grzebania w rosyjskim post-punku… tak że czasem warto klikać.

Brockhampton – Saturation I, II, III

Był sobie kiedyś taki skład, czy jak kto woli boysband, który miał więcej raperów niż atletów było w Tuwimowej Lokomotywie, wykreował sobie własne pokręcone uniwersum i miał własny program w telewizji. Ogólnie byli szaleni fajni i unikalni, a nazywali się Odd Future.
W 2017 na scenie pojawił się godny konkurent do miana najlepszego boysbandu w “rap gry”. Brockhampton zaczęło występować razem w 2016, by w końcu w 2017 wydać swój pierwszy pełnoprawny album, z którego do końca 2017 roku wyszła im trylogia. Pod wodzą Clifforda Simphsona, ukrywającego się pod pseudonimem Kevin Abstract, na wszystkich trzech albumach Saturation występuje łącznie trzynaście osób, z których każda wnosi w projekt swój unikalny styl i charakter, co odzwierciedlają czy to wersy, czy sama “nawijka”. Nie występuje tu syndrom “zbytniego inspirowania się”, czy coś, co często nazywam syndromem “trapizacji”, skutkującym powtarzalnością, co w mojej skromnej ocenie jest aktualnie dużym problemem, kiedy rozmawiamy o ostatnich latach, jeśli o rap chodzi.
Na trzech płytach dostajemy przekrój przez w zasadzie wszystko, z czym można by było powiązać każdego członka składu. I w sumie warto zaznaczyć, że Brockhampton to trochę bardziej kolektyw artystyczny niż zespół. Nie wszyscy członkowie są raperami, co nie znaczy wcale że ich wkład w twórczość boysbandu jest czysto formalny, m. in. Roberto, który przedstawia się w intrach wszystkich teledysków (niczym w Jackass), dołączył do składu jako producent, a aktualnie jest nadwornym web designerem.
Jest to naprawdę ciekawe zjawisko, zarówno muzycznie jak i okołomuzycznie. Mimo iż Brockhampton jest czasem określane jako Odd Future dla hipsterów, na płytach obok typowo rapowych kawałków można znaleźć całkiem konkretne “bangery”, więc jeśli ktoś woli takie klimaty, polecam zacząć od trzeciej części. W przeciwnym wypadku skierowałbym swoje kroki po dwójkę, a jeśli szukacie czegoś pomiędzy to jedynka będzie wręcz idealna.

Charly Bliss – Guppy

Mimo, iż nie urodziłem się wystarczająco wcześnie, by pamiętać takie rzeczy, jak seriale o nastolatkach z lat 90, to klimat amerykańskiej szkoły jakoś darzę uczuciem podobnym do nostalgii. I właśnie tym jest dla mnie Guppy. Charly Bliss zabiera nas w power popową wycieczkę do odgłosów amerykańskiego liceum.
Jakimś cudem 24-letnia Eva Hendricks dalej posiada skrzekliwy głos nastolatki śpiewającej pop punk w młodzieżowym zespole po lekcjach, a sposób, w jaki go używa, przywodzi na myśl szczyt sławy Avril Lavinge, tyle że ze znacznie większą ilością waty cukrowej, landrynek, różowych sukienek i brokatu. Jednakże patrząc na Takie kawałki jak Ruby i szczególnie zwracając uwagę na gitary, na myśl przychodzą mi wpływy grunge’owe (tutaj akurat rodem z Nirvany). Teksty są również kolejnym nośnikiem klimatu. Instrumentalnie nie jest to coś, co możnaby nazwać standardem amerykańskich seriali. Troszkę solowej gitary, olbrzymia rola gitary rytmicznej, równa sekcja rytmiczna. Z wokalem z przodu jest to naprawdę jeden z bardziej klimatycznych albumów, jakie przyszło mi usłyszeć na przestrzeni ostatnich lat. Może to moja słabość do zespołów uderzających otwarcie w pewne konwencje, z damskim wokalem na czele (podobnym przykładem niech będzie Sóley), ale gwarantuję, że to nie ja… to Marta z “drugiej ce”.

To oczywiście niewielki skrawek tego co 2017 rok miał dobrego do zaoferowania w muzyce. Kolejnym publikacjom przyjrzymy się w następnej części naszego przeglądu, która ukaże się już niedługo. Chętnie też poznam Wasze ciekawe odkrycia i zachwyty zeszłego roku.
Michał Klimiuk