Artsy-Farcy-Szmancy, czyli muzyka pozornie asłuchalna.

Xiu Xiu – “Forget”
Na samym początku zaznaczę, że wariantów wymowy Xiu Xiu jest co najmniej 3 (ksiu, szu, siu), co powinno się przydać, jeśli będziecie chcieli porozmawiać o dorobku artystycznym klejnotu koronnego projektów Jamiego Stewarta. Na przestrzeni lat projekt w różnych konfiguracjach podróżował między wszystkimi granicami, którymi można zamknąć pojęcie awangardy. Zapewniał nośnik przeraźliwie intymnym wokalom, jednocześnie rzucając je na brzmienia od delikatnej i ciepłej akustyki, czy wręcz “popowe” Always, po istnie industrialny hałas. Takie zabiegi czynią Xiu Xiu trudnym w odbiorze dla kogoś, kto na świeżo zetknie się z ich twórczością, a pierwszy odsłuch może stanowić wręcz wyzwanie.
Jeśli ktoś chciałby więc zacząć swoją przygodę ze zwariowanym światem Jamiego Stewarta (czy sprawdzić “z czym się to je”), Forget będzie pewnym rodzajem pomostu między starszymi albumami, czy wieloma kolaboracjami w jakich zespół brał udział (chociaż kolaboracją tego nie nazwę, ale polecam przy okazji sprawdzić “Xiu Xiu Plays the Music of Twin Peaks”). Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że album ten jest tak samo przystępny, co wymagający. Klasyczna estetyka prezentowana przez Xiu Xiu, mocno pocięta rytmika i wcześniej wspomniany bardzo charakterystyczny wokal, momentami wchodzący w melorecytację, trafiła tutaj na wręcz popowe chwytliwe melodie, nie tracąc firmowego smaku, do jakiego przyzwyczaił nas zespół przez te wszystkie lata. Forget łączy to uczucie intymności z niepokojem, narastającym dyskomfortem, tylko po to by za chwilę zatopić całość w pewnym trudnym do opisania poczuciu satysfakcji i harmonii.
A niedługo będzie można posłuchać Jamiego Stewarta na żywo w jego solowym projekcie w Warszawskim “Pogłosie”.
 

PS: Z racji iż Wszystko Gra znacznie częściej niż o muzyce, mówi o filmach i serialach, polecam naprawdę zajrzeć pod ten link:
 

Dodam, iż w mojej skromnej ocenie był to 2 najlepszy album, jaki przyniósł rok 2016.

Oxbow – “Thin Black Duke”
Oxbow to istna mieszanka studencka na scenie muzycznej. Od początku swojego istnienia ich twórczość mieszała ze sobą elementy punka, jazzu, noise czy postmodernistycznej klasyki. I tak oto w 2017 dostaliśmy płytę “Thin Black Duke”, która do całej powyższej mieszanki dorzuca szczyptę americany, neo proga oraz orkiestralne sekcje smyczkowe i dęte. Jednak daleko tutaj do czegoś, co zdarzyło mi się nazwać “muzyką entropii” (pozdrawiam Clarence Clarity). Pstrokatość tego albumu momentami aż prosi się o sprzęgające gitary wystawiane naprzeciw ściany wzmacniaczy. Jednak kiedy wydawałoby się, że za moment wszystko odleci w hałasowe przestworza, w ich miejscu pojawiają się a to wspomniane wcześniej smyczki z sekcją dętą, rozwiązując kontrapunkt w iście “muzyko-klasyczny” sposób, czy to bardzo sprawny breakdown, czy recytowana partia wokalna.
“Thin Black Duke” jest miszmaszem jakiego nie spodziewałem się usłyszeć w 2017. Na słowa uznania zasługuje tutaj też część wokalna w wykonaniu Eugene S. Robinson’a, który na albumie porusza się swoją narracją w iście teatralny sposób, lawirując między szeptem, silnie podpartymi wysokimi partiami, melorecytacją, delikatnym śpiewem, charczącym barytonem… W skrócie, kawał porządnego warsztatu wokalnego w tkliwym i delikatnym poetycko-hałaśliwym sosie.
 

Metz – “Strange Peace”
Często mówię o Metz jako o hardcore post-punku we flaneli. Tak i tym razem to określenie samo ciśnie mi się na usta, gdy mówię o “Strange Peace”. Album ten wyszedł spod igły legendarnego króla piosenek o miłości cielesnej i automatów perkusyjnych, co momentami słychać aż za dobrze.
Może to zabrzmieć “buracko” ale mimo, iż cenię Albiniego za jego wkład w kształt i brzmienie obecnej sceny muzycznej i fach “twórców niezależnych”, mam ważenie, że z albumu na album produkcja jest coraz bardziej stonowana i delikatnie mówiąc “trąci emerytem”. Jednakże punkt krytyczny nie został jeszcze osiągnięty. Metz na “Strange Peace” kontynuuje swoją flanelowo-hardkorową krucjatę obskurnych, ciężkich rytmicznych kolosów, które można było poznać już na poprzednich albumach. Mimo iż finalnie krążek został nagrany relatywnie cicho w porównaniu z obecnymi “trendami”, okazjonalne wrażenie odcięcia niektórych partii wskazuje na to, że poziomy głośności sięgały w studio granic możliwości sprzętu i owa “cichość” została osiągnięta dopiero w trakcie finalizowania produkcji.
Mimo iż Metz na “Strange Peace” pokazuje, że chłopaki dalej skupiają się na swoim markowym, zatopionym w gitarowym źle, rytmicznym biciu brzmieniu, nie przeszkadza to w ogóle w znacznie bardziej melodyjnym podejściu do tematu. Album jest potężną dawką skumulowanej agresji i szału uderzającego dokładnie w te struny, których możnaby się spodziewać po dziele ludzi inspirowanych Big Black czy The Jesus Lizard. Jednakże, by doświadczyć tego w pełni, polecam się przejść na któryś z koncertów na żywo, kiedy tylko nadarzy się okazja.
 

Michał Klimiuk