Często w odniesieniu do muzyków występujących samotnie z gitarą używa się określenia, które na polski można przetłumaczyć w sposób dosłowny jako “Śpiewacy – Piosenkopisarze”. Niezależnie od tego jak absurdalnie to brzmi, to chyba jedna z najbardziej nacechowanych emocjonalnie gałęzi muzyki.

Richard Dawson – „Peasant”

Jedno z ciekawszych odkryć tego roku. Mam pewną słabość do brytyjskiej kultury i możliwe, że zachwyt nad „Peasant” to jeden z jej objawów. Niemniej jednak, niezależnie od tego jak daleko sięgał bym pamięcią, nie przypominam sobie albumu, który tak bardzo nawiązywałby do brytyjskiej tradycji ludowej (mimo iż uwielbiam Henry Cow) sprzed czasów “Britania rule the waves”, szczególnie jeśli chodzi o freak folk.
Dawson wprowadza kolejno na scenę bohaterów swoich opowieści nadając im role utożsamiające pewne archetypy i uczucia, z którymi mogą być kojarzone. Jedną z ważniejszych cech albumu jest niesamowita spójność. Jeśli miałbym szukać porównań z istniejącymi już dziełami kultury, mógłbym spokojnie wymienić obrazy Hieronima Boscha zamienione w sztukę teatralną złożoną z monologów, choćby ze względu na samą tematykę. Jednak ważniejsze skojarzenie w tym miejscu to fakt, iż tak naprawdę każda z postaci, oprócz bycia częścią większego obrazu, opowiada swoją personalną historię. Rola narratora pojawia się tutaj bardzo okazjonalnie. Do tego wszystkiego dorzućmy bardzo intymny wokal, często stojący w kontraście z porównaniami czy czynnościami, które dla współczesnego człowieka mogą uchodzić za makabryczne. Richard Dawson posiada bardzo delikatny głos, co w połączeniu z rzadkim zjawiskiem jakim jest używanie falsetu w sposób, który nie powoduje przysłowiowego “odpadania uszu”, daje bardzo unikalne przeżycie.

Julien Baker – „Turn out the Lights”

„Turn out the Lights” umknęło mi gdzieś w odmętach 2017, co uświadomił mi dopiero mój znajomy (pozdrowienia) w trakcie “świąteczno-życzeniowej” rozmowy telefonicznej. I w sumie jestem mu za to uświadomienie bardzo wdzięczny, gdyż album ten okazał się dla mnie bardzo ważny. Depresja to temat ciężki do zrozumienia dla osoby, która nigdy nie miała z nią do czynienia. „Turn out the Lights” jest najlepszym i chyba najbliższym prawdy opisem tego, z czym na co dzień boryka się osoba chora oraz jak próbuje sobie z tym radzić. Osobiście traktuję ten album jako manifest skierowany do opinii publicznej, dotykający między innymi takich problemów jak problemy z tożsamością czy uzależnienie swojej codziennej egzystencji od leków, nałożony na indie folkowe ballady, delikatnie pływające w monotonii bardzo “piaskowego” głosu Julien. W moim odczuciu większa dynamika zaszkodziłaby temu albumowi.

Mount Eerie – „A Crow Looked at Me”

Śmierć. Temat poważny ale i trywializowany, przede wszystkim zmęczony przez wiele gatunków z pogranicza rocka i metalu. Umieranie czy strata bliskiej osoby jest często ubierana w wymyślne strofy zarówno w poezji jak i muzyce, jednakże nie wyobrażałem sobie (przepraszam za stwierdzenie, szczególnie w tym kontekście) jak wielkie jaja trzeba mieć, by mówić o tym wprost.
“Śmierć jest prawdziwa, ktoś jest, a później go nie ma,/ I nie jest ona po to by o niej śpiewać,/ Nie jest po to by zamieniać ją w sztukę.”, tymi słowami zaczyna się „A Crow Looked at Me”, co jest niejako inwokacją całego albumu. Phil Elverum wyzbywa się całkowicie symboliki, którą operował w swojej dotychczasowej twórczości. Porzucenie “poetyckiej konwencji” zamienia album w swego rodzaju monolog, który prowadzi ze swoją zmarłą żoną. W każdym kolejnym utworze opisuje swoje przeżycia związane z każdym dniem mijającym od jej śmierci. Cały album jest czymś na kształt drogi, jaką przebył po śmierci bliskiej sobie osoby.
Rzadko zdarza mi się płakać, ale jest to jedyny album, którego nie jestem w stanie przesłuchać w jednym podejściu, właśnie z wcześniej wymienionego powodu. Nie znam drugiego równie szczerze smutnego dzieła kultury. I nie, śmierć Mufasy czy Hospice wypada pod tym względem blado. Nie będę pisał nic więcej. Mogę jedynie zasugerować, żebyście zaplanowali już swój pierwszy raz z „A Crow Looked at Me”.

Michał Klimiuk