Tripy, Rapsy i Soule

King Krule – The Ooz


Na koncercie Archy Marshall w pewnym momencie rzucił w stronę publiczności swoim głębokim głosem “Are you ready for the… Ooooooooooooooozzzz? So let’s dive into the… Ooooooooooooooooooz” (spróbujcie przeczytać to niskim barytonem). I muszę przyznać, że brzmienie tytułu jest doskonałym odzwierciedleniem mojego nastroju podczas słuchania The Ooz. Miesza ono ze sobą Post punk, Trip-hop i Jazz w wielkim kotle z napisem Noir. Powstaje dzięki temu gorąca gęsta słodko-ostra zupa, która idealnie nadaje się na zimne jesienne wieczory.
Problemem jednak jest objętość całego dania. Jestem wielkim zwolennikiem wydań rozszerzonych, gdzie na drugim krążku znajdują się materiały, które nie dostały się na główny krążek. Tego właśnie zabrakło w tym wypadku. Sześćdziesiąt sześć minut to dużo czasu (no chyba, że jest się stonerowym projektem), szczególnie jeśli obok siebie pojawiają się bardzo podobne strukturalnie i brzmieniowo utwory. Ta monotonia jest na dłuższą metę męcząca… i jeśli w trakcie powstawania The Ooz część rzeczy spadłoby z głównego wydania, album podskoczyłby znacznie w mojej osobistej drabince wydań wszechczasów.

Tyler The Creator – (Scum, Fuck) Flower Boy

Moja relacja na przestrzeni lat, jeśli chodzi o dorobek płytowy Tylera, znajdowała się na granicach spektrum miłości i nienawiści. Dopiero dwa lata temu zabrałem się poważnie za przesłuchanie każdego albumu z osobna i wyrobienie sobie konkretnej opinii na temat każdego z trzech albumów. I w związku z tym bardzo czekałem na tę premierę. Flower Boy w zalewie mało kreatywnego i nieprzemyślanego mumble rapu i pomyjach ery “Post Bling” (z czego Tyler naśmiewał się z Loiter Squad), jest czymś, co wisi pomiędzy byciem akceptowanym przez show biznes, a eksperymentalnym hip hopem. Nawet kiedy na Flower Boy pojawiają się wyraźne wpływy schematów powielanych przez “nawijanie do trapowych beatów”, Tylerowi udaje się tchnąć w tę kliszę drugie życie. Tak samo, jeśli chodzi o featuringi, Jaden Smith, którego nie jestem w stanie słuchać na solowych albumach, tutaj ma całkiem przyjemny własny fragment. Możliwe, że dzieje się tak dzięki temu, jak barwną i charakterystyczną postacią jest Tyler.
Może i będzie to bardzo burackie stwierdzenie, ale nie mam oporów, by pokazywać ten album ludziom z dopiskiem “Tak się robi rapsy w 2017” .

Thundercat – Drunk

Przychodzi taki moment w życiu człowieka kiedy, kiedy w obcym mieście na stole ląduje szkło, co jest początkiem długiej nocy. Obiekt poddany działaniu substancji odurzających przechodzi przez szereg stanów emocjonalnych i fizycznych w trakcie nocy. Jako przykład można podać: telefony do byłej, kupowanie masy niepotrzebnych rzeczy, uczucie zagubienia, “Jasna cholera już trzecia”, czy jazdę pod wpływem.
Drunk jest bardzo spójne jeśli chodzi o teksty, tytuł i atmosferę, jaką tworzy album. To miękka neo-soulowa alkoholowa eskapada Thundercata (i znajomych) po współczesnym Tokio. W tekstach można wyraźnie usłyszeć fascynację Stephena anime, grami komputerowymi czy maszynami pachinko. Na płycie mamy też świetny featuring z Michaelem McDonald’em i Kennym Loggins’em w utworze Show You The Way (mój personalny, ulubiony kawałek do chillowania w tym roku).
Na dodatek, doskonale słychać na albumie fach Thundercata, który muzyk mógł wypracować w trakcie swojej kariery jako muzyk sesyjny. Mam świadomość, że może to niektórym przeszkadzać, gdyż często zawód ten powoduje znaczny spadek formy kreatywnej artystów, co jednak w według mnie, nie tyczy się w żadnym stopniu twórczości Stephena. Nawet jeśli byłbym bardzo upierdliwy, trudno byłoby na tej płycie znaleźć jakiekolwiek ślady odtwórczości czy monotonii.

Michał Klimiuk