Podsumowanie to jest niejako zastępstwem za moją nieobecność na Kolaudacji. Nie wiem czy ta forma nie jest lepsza, bo jak doskonale wiecie, mam tendencję do drążenia tematu aż nie skończę.

Albumy, o których tutaj przeczytacie, to moja osobista kompilacja najważniejszych albumów 2019, bo jak doskonale wiadomo, muzyka to nie wyścigi. Starałem się pokrótce opisać 10 najważniejszych albumów i kilka tych, które nie przypadły mi do gustu aż tak bardzo jak topka, jednak są również warte uwagi. Nie przedłużając, przejdźmy do sedna.

Liturgy – “H.A.Q.Q.”

Liturgy - H.A.Q.Q

Po 4 latach Liturgy wraca ze swoim “gliczmetalem” i muszę powiedzieć, że czułem się jakbym słuchał “Aesthetica” (drugi album w repertuarze Liturgy z 2011 roku) drugi raz. Czy znaczy to, że mamy tu 100% powtórkę rozrywki? Wręcz przeciwnie. Kolejny raz Liturgy pokazuje, że ich markowe przeładowane syntezatorami i glitchami brzmienie w dobrych rękach jest w stanie pokazać jeszcze wiele, jeśli o totalizm w muzyce chodzi. W ostatnich latach nie słyszałem niczego bardziej szalonego niż H.A.Q.Q w szufladce z napisem metal. Mam skromną nadzieję, że pod koniec następnej dekady Liturgy będzie mogło ze swoimi cymbałkami podpisać się jako wizjonerzy, inspirując projekty metalowe szukające swojego brzmienia w podobnych rejonach.

Lingua Ignota – “CALIGULA”

Lingua Ignota - CALIGULA

Wbrew pozorom trafiłem na ten album całkiem późno, bo dopiero miesiąc po premierze, żyjąc w błogiej nieświadomości nie miałem pojęcia nawet o nawet istnieniu Kristin Hayter. Caligula to jej drugi pełnoprawny album pod pseudonimem Lingua Ignota. Łączy ze sobą pompatyczne formy inspirowane muzyką sakralną, neoklasyczną czy sample jak fragment Pogrzebu Królowej Marii, z Noise, Power Electronics i Industrialem. Ta podsycana orkiestralizacjami mieszanka opowiada w alegoryczny sposób o traumatycznych przeżyciach Kristin, takich jak choćby anoreksja czy przemoc domowa. Mimo tego całego ciężaru i trudnych tematów był to album, do którego najczęściej wracałem w 2019 roku, by na chwilę móc zanurzyć się w przyjemnym hałasie.  Wbrew moim odczuciom, ostrzegam, że nie jest to album łatwy w odbiorze, ale nie żałuję żadnej chwili z nim spędzonej.

Gruzja – “I Iść dalej” oraz “Jeszcze nie mamy na was pomysłu”

Miałem duży problem z uszeregowaniem tych dwóch albumów względem siebie, więc wystąpią obok. Moje największe zaskoczenie i zarazem, w mojej skromnej ocenie, najważniejszy zespół ostatnich lat, przynajmniej na scenie black metalowej. Dlaczego? Gruzini odchodzą od konwencji grania przysłowiowych szatanów na gitarach w krypcie przez muzyków w corpsepaincie oblepionych igliwiem. Jest to istny policzek wymierzony skostniałej “Kucerii” starającej się ograniczać wydawanie licencji na granie Black Metalu tylko temu, co jest zgodne ze starą szkołą. To zabawa konwencją, która miesza Wcześniej wspomniany Black Metal z Punkiem, Elektroniką i przede wszystkim Polską Piosenką taką jak np. Maanam, Zaucha czy Krawczyk, a to wszystko skąpane w smrodzie miasta, papierosów, wódzie i starych świerszczykach.

Co więcej… to był tegoroczny debiut, co prawda w wykonaniu muzyków takich zespołów jak Odraza czy Koniec Pola, lecz to jak niesamowicie szybko udało im się znaleźć wspólny język (prawdopodobnie podczas spożywania alkoholu) wprawia w zdumienie. Bo warto też wspomnieć, że mimo bardzo oszczędnych opisów na wkładkach i całej atmosfery tajemniczości, Gruzinów (mam tu na myśli ludzi koncertujących pod szyldem Gruzja i pracujących przy nagraniach) jest tak naprawdę gdzieś między 10 a 30. Ogrom tego przedsięwzięcia można było zobaczyć na tegorocznej trasie i powiem jedno… Pierwszy raz widziałem, żeby zespół miał 3 prywatnych wodzirejów.

Weatherday – “Come in”

Weatherday - Come in

Nie mogę powiedzieć, że przepadam jakoś strasznie za całym nurtem Emo, ale mam kilka albumów, do których wracam. Ktoś może oczywiście stwierdzić, że się nie znam i ma trochę racji, ale sporo rzeczy wydanych na fali i po Emo revival sprawia w mojej ocenie w większości niesamowicie powtarzalnego. Czasem natomiast zdarzają się takie “strzały” jak Come in. Jest to kwintesencja DIY, charakterystycznego dla tej sceny. Cały album został nagrany na apce GarageBand przy użyciu zintegrowanego mikrofonu w słuchawkach… przez jedną osobę (z pożyczonymi żeńskimi wokalami). Brzmi brudno, trzeszczy, jest prosty, przepełniony emocjami, niczego nie udaje, jest po prostu szczery.

Tropical Fuck Storm – “Braindrops”

Tropical Fuck Storm - Braindrops

Lubię szukać. Szukać nowych brzmień, pomysłów, nietuzinkowego podejścia do kompozycji. Nietrudno się zatem było domyślić, że Tropical Fuck Storm znajdzie się gdzieś w lub w okolicach tegorocznego podsumowania. Bo jak mógłbym pominąć zespół, który jest tak trudny do zaszufladkowania. TFS to jedna wielka hałaśliwa mieszanka wszystkiego, co można było kojarzyć z The Drones (połowa składupochodzi ztego zespołu) wzbogacona o sporo elementów Bluesa, Post Punku, Psychodelii… i mógłbym jeszcze bardzo długo wymieniać. W tekstach czuć troszkę zacięcie do opowiadania historii w stylu Marka Kozelka, lecz w moim odczuciu nie jest to tak męczące, jak kolejna historia opowiadana na albumie Sun Kil Moon. Bardzo też polecam zapoznać się z poprzednim albumem “Laughing Death in Metaspace”, bo w mojej ocenie jest delikatnie lepszy niż Braindrops (poza genialnym tytułowym singlem!)

Girl Band – “The Talkies”

Girl Band - The Talkies

No Wave nie umarł wraz z Mudd w 1983, nie umarł też z Glennem Brancą w 2018. Mimo iż częściej pojawia się on w nowych wydawnictwach w formie raczej dodatku, tutaj te proporcje są odwrócone. Girl Band bawi się No Wavem w swój własny ciężki i rytmiczny sposób, co ciekawsze z użyciem znacznie lepszej produkcji niż “poprawne historycznie” bootlegi z koncertów. Wydaje mi się, że pomysł Girl Band na siebie zakłada w pewien sposób stanie pośrodku barykady strzelając do jednej i drugiej strony, bo produkcja, mimo iż czysta, to momentami dziwna i bardzo radykalna. Kompozycje, mimo iż w połowie chwytliwe, to w drugiej połowie niepokojące, innymi słowy, ta no wave’owa dzikość jest chłodna i wyliczona, ale nie pozbawiona autentyczności. Polecam każdemu, nawet jeśli rok temu przeszedł obok Daughters bez wzruszenia, z odrazą lub nie wie o ich istnieniu.

Orville Peck – “Pony”

Orville Peck - Pony

Stosunek do country mam delikatnie mówiąc, ambiwalentny z wyjątkiem kilku starszych rzeczy i paru perełek. Więc jeśli ktoś kilka lat temu powiedziałby mi, że w muzyce właściwej dla południa, stolicy rednecków i “nohomo”, jedną z jaśniejszych gwiazd będzie “Gej-Kowboj z lewackiej Kanady” to stwierdziłbym, że go, delikatnie mówiąc, “poj*bawszy”. I nie zrozumcie mnie źle, daleko mi do aktywizmu LGBTQ i chwalenia albumu dlatego że nagrał go ktoś ze “społeczności”. Pony pokazuje słuchaczowi, jak to jest wejść do świata, gdzie wszyscy noszą maski, stając się częścią kultury, która wymaga bycia twardzielem, jednocześnie pozostając samotnym i łagodnym w środku. Nie kruszy jednak tej skorupy, przez co jest to bardzo ciekawa perspektywa bez zawłaszczania niczego, burzenia, pretensjonalności i plucia na jakiekolwiek ideały, co się zdarza w tak niecodziennym połączeniu i nieczęsto z mało imponującymi efektami.

Spopielony – “Legendy”

Spopielony - Legendy

Zanim ktoś mnie posądzi o kolesiostwo, to najpierw polecam przesłuchać tej kasetki. I całkiem szczerze mówię o kasetce, ze względu na brzmienie taśmy. Spopielony, poza tym, że sam wpisuje się w ten nurt, jest wielkim fanem dungeon synthu, tylko wbrew temu czego można się spodziewać po “lochach i smokach” oraz dużej ilości elektroniki, słychać tutaj bardziej nostalgię do epoki VHS, lat 90, starej polskiej telewizji, lasu i duchologii. Wszystko to jest powolne, brzmi ciepło i sprawia wrażenie opowiadania pewnej historii, bez słów czy wymyślnych form. Po prostu czyste pół godziny podróży poza miasto i 20 lat w przeszłość.

Jan LF Strach – “Trudne Energie, Proste Rozwiązania EP”

Jan LF Strach - Trudne Energie, Proste Rozwiązania EP

Ten album poznałem przez polecenie znajomego i muszę powiedzieć, że to jedna z lepszych polecajek, jakie dostałem w tym roku. Niesamowita wręcz podróż do świata MIDI, tanio, wręcz zabawkowo brzmiących syntezatorów, słabego wokalu, alternatywnego humoru i masy innych dziwnych rzeczy. Nie wiem, jaki był oryginalny zamysł ukryty za brzmieniem albumu, ale moje osobiste skojarzenia odbiegają gdzieś w świat przyspieszonego soundtracku gier Nintendo, który możecie kojarzyć z trzymania spacji w emulatorach, czy platformówek takich jak Kapitan Pazur czy (PDK) Akimbo. I “nie nie nie, nie nie nie, nie obchodzi mnie”, że ktoś mi zarzuci, że to brzmi jak coś co nawalony facet po śmiesznym szlugu mógł nagrać w salonie w jedną noc. To nie jest guilty pleasure, nie jest to też nic strasznie odkrywczego. To bardzo konkretne, surrealne granie lo-fi, w klimatach, które ciężko znaleźć.

Caroline Polachek – “Pang”

Caroline Polachek - Pang

Zdarzyło mi się usłyszeć po puszczeniu kawałka z tego albumu na imprezie, “nie spodziewałem się”. Solowy debiut Karoliny o swojsko brzmiącym nazwisku nie jest jej pierwszym wyjściem z mroków show-businessu, gdyż wcześniej występowała obok bardziej znanych artystów z list przebojów jak Justin Bieber czy Beyonce. Usłyszeć można tu obok typowo tanecznych kawałków jak “So Hot you’re hurting my feelings” bardziej eksperymentalne zabiegi jak kreatywna zabawa autotune, glitch czy wreszcie wokal przepuszczony przez distortion. To wszystko nie odjeżdża jednak w eksperymentalne tony, sprawia bardziej wrażenie zabawy konwencją i próbą pokazania znanych motywów wykorzystywanych w albumach z topu list przebojów w innym świetle. Śmiało mogę stwierdzić, że Polachek wyrasta na jedno z bardziej rozpoznawalnych nazwisk spod szyldu Alternative R&B będąc czymś pomiędzy eklektyzmem reprezentowanym np. przez FKA Twigs, a playlistą stacji radiowych skrojonych pod imprezy.

Pozostałe polecajki

Richard Dawson – “2020”

Richard Dawson tym razem opowiada historię, ale swoją i najnowszą. Zmaganie się z depresją, próba odnalezienia radości w życiu, nieporadne próby poprawy swojego zdrowia psychicznego i fizycznego, porażki i w końcu sukcesy. Album jest w moim odczuciu mocno nierówny, jednak warto posłuchać ze względu na to jak bardzo jest osobisty.

Danny Brown – “uknowhatimsayin¿”

Danny Brown zszedł na ziemię po Atrocity Exhibition, wyprostował sobie zęby i nagrał cholernie dobry krążek utrzymany w staro szkolnym stylu z “megaspoko ficzuringami”.

King Gizzard & The Lizard Wizard – „Infest the Rats’ Nest”

Cudowna dziewiątka z Australii tym razem zwróciła swoje oczy w stronę Thrash Metalu i w charakterystyczny dla siebie sposób wydała kolejny album inny niż wszystkie inne w swoim dorobku, poszerzając Gizzardverse o kolejny gatunek i historie. No i oczywiście to konkretne granie do machania głową.

Fleshworld – “The Essence Has Changed, but the Details Remain”

Post-hardcore z Black Metalem wprost z Krakowa. Od jakichś ładnych 5 lat mam problem z większością rzeczy, które są „post”, gdyż męczą mnie już te wszelkie powtarzalne formy. Tutaj natomiast, jestem bardzo pozytywnie zaskoczony.

München Konflikt – „JUST DŮ DID TURBO VIOLENCE”

„Ej not typie, przecież ten album nie wyszedł nawet w tym roku.” Owszem. Ale muszę wspomnieć o tej płycie przy okazji jednego z lepszych koncertów na jakich byłem w 2019 i tym, że female fronted to nie jest gatunek. Dzikie, szalone, lewe, zaangażowane granie na skłocie.

Swans – “Leaving Meaning”

Mamy już 2019 a Swans dalej gra swoje kolosy. Totalnie nie jest to Swans które mogliśmy poznać z poprzednich krążków wydanych po powrocie i jest to repertuar z wcześniejszego albumu, na którym Gira występował sam z gitarą, jednak takiej adaptacji w pełnoprawne LP się nie spodziewałem.

Mgła – “Age of Excuse”

Mgła jak Mgła. Nie pociesza mnie to, że po „Exercises in Futility” poszli w bardziej zachowawcze granie, lecz wciąż jest to kawał porządnego grania pokazujący, że PLBM ma się świetnie i żyje czymś innym niż tylko “Batushkagate”

JPEG mafia – “All My Heroes Are Cornballs”

Peggy, znany jako ten drugi MC RIDE powrócił i po raz kolejny pokazał, że Alternative Rap rozwija się prężnie pod jego skrzydłami. Nie wiem czy tak przypadkiem nie będą kiedyś wyglądać rapowe, wspomniane wcześniej „kolosy”, wynoszące formę ponad wszystko, oczywiście nie pozbawiając jej treści.

Show Me The Body – “Dog Whistle”

Moi ulubieni klezmerzy z NY wydali drugi album. Co prawda odeszli od No wave’owego zacięcia na rzecz większej ilości Hard Core’u, ale mimo wszystko, wciąż trzymają poziom. Miejmy nadzieję, że aktywizowanie sceny będzie im szło tak dobrze, jak w ostatnich latach.

Charli XCX – “Charli”

Jeśli tak wygląda przyszłość Popu, jestem kupiony i to, że ten album został bardzo ciepło przyjęty krytycznie jest bardzo obiecującym gestem krytyków jak i publiczności.

Weyes Blood – “Titanic Rising”

Długo chodziłem obok tego albumu. Generalnie rzecz biorąc, nigdy nie byłem fanem podobnej muzyki, lecz od czasu do czasu zdarzają się właśnie takie perełki jak Titanic Rising. Wspaniała melancholijna podróż wewnątrz siebie.

Rome „Le Ceneri Di Heliodoro”

To jest Rome które można puścić znajomym… może nie na imprezie, ale nie usłyszy się “weź to wyłącz”, przynajmniej za szybko… sporo osób twierdzi, że dlatego właśnie to nie jest “to Rome o które walczyłem”, ale jak to brzmi maksyma pewnego podcastu: “Zamknij mordę mnie się podoba”.

Ćpaj Stajl – “Melodramat”

Miasto maczet, smogu i Lajkonika ma swoje gangi, a przynajmniej ekipę, która na każdym krążku pokazuje, że można trzymać się stylu “gangsta” z ludzką produkcją i nagrać ciekawy album będący abrewiacją HWDP, jarania zielska i nierozpruwania się na psach.

Black Midi – Schlagenheim”

Gdyby odjąć na tej płycie wokal, to byłby najlepszy, absolutnie najlepszy album tego roku. Niestety wokal „ze szwedzkim” akcentem kłuje mnie w uszy niesamowicie. Są jednak ludzie, którym to nie przeszkadza, a wręcz się podoba. Instrumentalnie to ideał.

АукцЫон – Птица”

I na sam koniec moje tegoroczne największe odkrycie. Odkrycie do tego stopnia, że moje Spotify w podsumowaniu wyświetliło mi w zasadzie kompilację utworów АукцЫон. Tak, te albumy nie wyszły w tym roku, ale nie wiem jak mogłem wcześniej przejść obojętnie obok projektu Леонидa Фёдоровa którego znałem już od dłuższego czasu. Jeden z bardziej barwnych zespołów zza wschodniej granicy jakie znam, a trochę ich znam i naprawdę żaden nie jest tak „dziki”.