Pogromcy Korporacji (2013) reż. Henry Saine


Od czasu do czasu nachodzi mnie ochota, kiedy zamiast domowego obiadu, czy wykwintnego dania w drogiej restauracji, chcę po prostu zapchać żołądek jakimś sycącym, niezdrowym fastfoodem. Z kinem mam podobnie. Niekiedy mam chęć na odmóżdżającą krwawą pulpę. Z pomocą przychodzą wtedy hołdujące stylistyce amerykańskiego grindhouse’u B-klasowce.

W ostatnich latach w tej dziedzinie musiałem zadowalać się raczej spaloną podeszwą (sequel  „Maczety” Rodrigueza) niż pełnokrwistym mięchem.  Szczęśliwie niedawno,  zupełnie przypadkiem natknąłem się na obraz Henry’ego Saine’a – „Bounty Killer”, który okazał się doskonałą rozrywką, odwołującą się jednocześnie do kina samochodowego i postapo lat 80. Jeśli w tym momencie nasuwają się wam skojarzenia z Mad Maxem, to słuszny trop, choć jeden z wielu.

Setting stanowi przypominająca Dziki Zachód dystopia. Po wyniszczającej wojnie władzę nad światem przejęły korporacje i zmieniły miasta w bezkresną pustynię. Za ostatnią nadzieję ludzkości uchodzą polujący na korposzczury tytułowi łowcy nagród, będący jednocześnie odpowiednikiem dzisiejszych celebrytów.  Fabuła skupia się na jednym z nich – Drifterze, za głowę którego w wyniku pewnej intrygi  też zostaje wyznaczona nagroda. Jego tropem podążają: była kochanka – zabójczo piękna i niebezpieczna Mary Death, korporacyjni cyngle i dzikie plemię cyganów-kanibali. Skoro wspomniałem już postać Mary, to warto zaznaczyć, że była ona dla mnie głównym argumentem skłaniającym do seansu. W końcu kto nie chciałby oglądać na ekranie ponętnej brunetki w stroju pielęgniarki?

Historia sztampowa i pełna klisz, jednak dokładnie na to liczyłem. Twórcy razem z  filmem realizowali jednocześnie komiks pod tym samym tytułem, co widać na każdym kroku. To obraz kiczowaty i przestylizowany do granic możliwości, nieudający, że chodzi o coś więcej niż radosną rzeźnię w seksownym wdzianku. Aktorzy grają tylko trochę lepiej od kłody drewna, ale te postacie da się polubić. Chociaż niski budżet wyłazi prawie w każdej scenie,  jest w tym mnóstwo humoru i sporo ciekawych pomysłów inscenizacyjnych. Trup ściele się gęsto, a flaki fruwają w rytm rockowej muzyki. Dużo w tym Tarantino i Rodrigueza, ale niektóre sceny przywołują na myśl klasyki kina eksploatacji – „Faster, Pussycat! Kill! Kill!” czy oryginalny „Death Race 2000”.

Odnoszę też nieodparte wrażenie, że po drobnych zmianach scenariusza obraz ten mógłby służyć za wierną adaptację gry „Borderlands”. Wystarczyłoby zmienić Ziemię na planetę Pandora, Bounty Killers na Vault Hunters, a cyganów na Psychos. Dla miłośników tej serii gier powinien być to seans obowiązkowy. Dla fanów campu, przyjemny seans po ciężkim dniu.

7+/10

Grzegorz Narożny