23 lata po zwycięstwie „Pulp Fiction” Tarantino nad „Czerwonym” Kieślowskiego w Cannes nadal żyjemy w świecie, w którym między kulturą wysoką i popularną toczy się zimna wojna. Tak naprawdę większości z nas wygodnie i bezpiecznie jest skrywać się za tą kulturalną ksenofobią. Problemy zaczynają się, gdy czujesz się obywatelem świata ludzkiej ekspresji i pragniesz bez ograniczeń podróżować między zwaśnionymi obozami, a pamiątki przywiezione z tych wojaży traktujesz jako równorzędne argumenty w dyskusji. Szybko może się okazać, że jesteś bezpaństwowcem, którego języka w dodatku nikt nie rozumie.


Matki, żony i kochanki na jeden etat, a bohaterskie bohaterki, zabójcze zabójczynie i mściwe mścicielki na drugi. Kobiety-heroiny obecne w filmach były od dawna, choć wydaje się, że prawdziwa moda na nie dopiero nadchodzi. W kinie możecie podziwiać zabójczą Charlize Theron jako Atomic Blonde, a tymczasem my przypominamy sobie najsilniejsze i najodważniejsze kobiety, które zawładnęły naszymi sercami wcześniej.