„Mudbound”, czyli film czarnoskórej reżyserki i scenarzystki Dee Rees, otrzymał cztery nominacje do Oscarów, w tym dwie dla czarnoskórej diwy R&B i soulu, Mary J. Blige, za rolę drugoplanową oraz piosenkę, a także za zdjęcia dla Rachel Morrison. To polityczna poprawność, czy jesteśmy świadkami rzeczywistej zmiany rozkładu sił w Hollywood?

Coroczne obserwowanie oscarowych nominacji oraz zwycięzców w poszczególnych kategoriach daje wgląd w obecne w USA oraz samym Hollywood trendy. Nawet bardziej niż o trendy filmowe, chodzi tutaj o względy społeczno-polityczne. I tak od kilku lat Hollywood próbuje odpokutować za lata whitewashingu oraz dyskryminacji mniejszości etnicznych, doceniając aktorów oraz twórców o innym kolorze skóry. Z jednej strony to dobrze, bo ludzie spychani dotąd na margines, wreszcie mogą zostać odpowiednio uhonorowani. Jest jednak i druga strona medalu. Pojawia się ryzyko, że Akademia, chcąc mieć czyste sumienie, może nagradzać niektórych trochę na wyrost, co według niektórych może doprowadzić do odwrotnej sytuacji – kiedy czarnoskóry twórca ma większe szanse na nagrodę jedynie ze względu na swoje pochodzenie. Takie głosy odezwały się w zeszłym roku, gdy Oscara dla najlepszego filmu niepozorne „Moonlight” zgarnęło sprzed nosa faworytowi, „La La Land”. Moim zdaniem „Moonlight” zasłużyło na najwyższe laury, ale niepochlebne głosy na temat politycznych decyzji Akademii nie cichną od kilku lat.

Podobne zmiany dokonują się powoli jeśli chodzi o pozycję kobiet w filmowym światku. Widzę oczyma wyobraźni zdziwienie wielu czytelników: „Jak to z kobietami? Przecież żyjemy w XXI wieku!”. Niestety, zmiany społeczne nie do końca nadążają za postępem technologicznym i nadal w wielu branżach kobiety są znacznie gorzej wynagradzane od mężczyzn. Jedną z nich jest właśnie branża filmowa. Różnice są tutaj kolosalne. Według Forbes’a pierwsza dziesiątka najlepiej zarabiających aktorów uzyskała w 2017 488,5 mln dolarów i jest to suma niemal trzy razy większa od tej, którą zarobiły aktorki (172,5 mln). Największymi dochodami wśród aktorek pochwalić się może Emma Stone, na której konto wpłynęło 26 mln dolarów. Najlepiej zarabiający aktor, Mark Wahlberg, zarobił prawie trzy razy więcej. Pozycja kobiet nie zależy oczywiście tylko od zarobków, ale wiemy, że największymi szychami w branży filmowej są mężczyźni. Na różnych listach najbardziej wpływowych osób w Hollywood najczęściej pojawiające się nazwiska to m.in. George Lucas, Steven Spielberg, producent Arnon Milchan („Tajemnice Los Angeles”, „Fight Club”,  „Adwokat diabła”), właściciel studia Dreamworks Jeffrey Katzenberg, James Cameron, producenci Steve Tisch („Forest Gump”, „Więzień nienawiści”, „Porachunki”), Jerry Bruckheimer („CSI”, „Pearl Harbor”, „Helikopter w ogniu”), Thomas Tull („Watchmen”, „Batmany” Christophera Nolana, „Interstellar”, „Kac Vegas”) oraz aktorzy Tom Cruise, Mel Gibson, Tom Hanks, Will Smith i Johnny Depp. Kobiece nazwiska wyłowiłam jedynie trzy: Margot Robbie, Emma Stone oraz Julia Roberts. Nie jest wymieniana żadna reżyserka, ani producentka.

Dlaczego przywołuję kobiety w odniesieniu do czarnoskórych? Ponieważ w hollywoodzkim, białym, męskim świecie nagle zaczęło się coś zmieniać. Wydaje mi się, że pierwszym zwiastunem zmian był Oscar, którego w 2009 roku otrzymała Kathryn Bigelow za „The Hurt Locker”. Przejdzie ona do historii jako pierwsza nagrodzona tą nagrodą reżyserka. Dodatkowej pikanterii dodaje temu wydarzeniu fakt, że Bigelow konkurowała w tej kategorii ze swoim byłym mężem, jednym z najbardziej wpływowych i bogatych mężczyzn w Hollywood, Jamesem Cameronem, który był pewien, że „Avatar” zapewni mu zwycięstwo. Do przełomu było jednak jeszcze daleko.

W zeszłym roku kobiety w Hollywood zaczęły coraz głośniej mówić o dyskryminacji, a w sieci pojawiło się hasło „Oscars So Male”, gdy policzono, że z wyjątkiem kategorii czysto kobiecych, kobiety zgarniają jedynie 20% ze wszystkich nominacji.  Co ciekawe, okazało się, że mężczyźni nie tylko otrzymują więcej nominacji, ale także jest ich więcej w samych filmach. Według today.com, w filmach, które powstały w 2015 roku, mężczyźni zajmują czas ekranowy średnio w 28,5%, a  kobiety jedynie w 16%. Różnica w ilości wypowiadanych kwestii jest jeszcze większa – mężczyźni mówią przez 28,4% trwania filmu, a kobiety – 15,4%. A co jeśli oprócz płci dołączymy kolor skóry? Pierwszą nominowaną i nagrodzoną czarną aktorką była Hattie McDaniel, odtwórczyni jednej z drugoplanowych ról w „Przeminęło z wiatrem”, w 1939 roku. Musiało minąć wiele lat, zanim czarnoskórej kobiecie przyznano Oscara za rolę pierwszoplanową. Zdobyła go dopiero Halle Berry w 2001 za kreację w „Czekając na wyrok”.

Na szczęście kobiety zaczęły nie tylko głośno mówić o nierównościach i dyskryminacji w Hollywood, ale same wzięły się ostro do pracy, by zmienić obecną sytuację. Nicole Kidman i Reese Witherspoon wyprodukowały dla HBO miniserial „Wielkie kłamstewka”, w którym zagrały główne role. Ten ruch okazał się być strzałem w dziesiątkę i serial zgarnął dziesiątki nagród, w tym całe naręcze Emmy oraz Złotych Globów, a przy okazji ich odbierania panie nie szczędziły gorzkich słów męskim szychom branży filmowej oraz zachęcały inne kobiety do działania i wspólnego wspierania się.
A jak już jesteśmy przy przemówieniach, bardzo głośno zrobiło się po ceremonii Złotych Globów o Oprah Winfrey, która odbierając nagrodę Cecila B. DeMille’a za wybitny wkład w rozwój kultury i rozrywki wygłosiła płomienną przemowę o dyskryminacji rasowej oraz dotyczącej płci. Zresztą cała tegoroczna ceremonia zdominowana była przez hasło „Time’s Up”. Jest to nazwa inicjatywy zawiązanej przez ponad 300 kobiet z branży filmowej, której celem walka z dyskryminacją oraz przemocą seksualną w miejscu pracy.

Wszystko wskazuje na to, że Oscary też upłyną w tym roku pod znakiem kobiet. Oprócz stworzonego przez kobiety „Mudbound”, o statuetki będzie walczył także wyreżyserowany przez Gretę Gerwig „Lady Bird”. Los Angeles Times twierdzi, ze to pierwsze tak sfeminizowane Oscary w historii. Ponad połowa z dziewięciu tytułów nominowanych w kategorii najlepszy film w centrum opowieści stawia kobietę, a aż sześć z nich wyprodukowały kobiety. <<Mam nadzieję, że dziewczynki i kobiety, które chcą robić filmy, spojrzą na listę nominowanych i pomyślą sobie: „Tak, zrobię swój film.”>>, powiedziała Greta Gerwig, komentując swoją nominację. Jeśli dodamy do tego wszystkiego niedawne informacje o tym, że w 2017 roku filmy o kobiecych bohaterkach zarobiły najwięcej od lat, wydaje się, że skostniałe, konserwatywne i patriarchalne Hollywood odchodzi w niepamięć. Członkowie Akademii muszą jednak uważać, aby ze swoją „postępowością” nie przechylić szali za bardzo w drugą stronę i pamiętać, że przyznają nagrody za osiągnięcia artystyczne. Wspaniale, że czarnoskórzy twórcy mogą znaleźć się na podium obok białych, że kobiety mogą wygrać w kategorii reżyserskiej z mężczyznami. Nikt jednak w szkole nie lubił nauczycielskich pupilków i Akademia musi pamiętać o tym, że równe szanse to nie to samo, co faworyzowanie.

A co ma do tego wszystkiego Mudbound? Wspomniałam o nim przy okazji nominacji do tegorocznych bardzo kobiecych Oscarów, ale to nie jedyny powód. Akcja filmu dzieje się w latach 40 na południu USA. Obserwujemy splecione ze sobą losy dwóch rodzin, białej i czarnej. Ich losy wiąże ze sobą ziemia, a właściwie tytułowe błoto, bo ze względu na częste opady, wszyscy i wszystko grzęźnie w nim głęboko i ciężko się wydostać z ram konwenansów, reguł rządzących społeczeństwem. A nawet, gdy komuś już się to uda, zostaje szybko sprowadzony na ziemię. Kobieta ma słuchać mężczyzny i w milczeniu znosić swój los, młody ma szanować starszego, nawet gdy ten na szacunek nie zasługuje, a czarny nie może prawie nic, nawet wejść do sklepu frontowymi drzwiami, czy siedzieć obok białego w samochodzie. Widzieliśmy to już w kinie wielokrotnie, ale panie Dee Rees oraz Rachel Morrison pokazują to w stonowany sposób, bez przesadnego dramatyzmu. Do klasycznych wątków dodają motyw stresu pourazowego wracających z frontu drugiej wojny światowej dwóch żołnierzy, którzy nie potrafią na powrót dostosować się do zastanego świata, oraz zależności człowieka od sił natury. Zbyt długie opady lub susza mogą zrujnować nawet dobrze sytuowanego gospodarza.

Właśnie seans Mudbound zainspirował mnie do napisania tego tekstu, bo uświadomiłam sobie, jak głęboko zakorzeniony jest w nas rasizm i dyskryminacja, wrogość i lęk przed innością, i jak wiele lat musiało minąć, by było wreszcie normalnie. Dziś otrzepujemy resztki błota z butów i możemy iść, gdzie zechcemy. Tym bardziej powinniśmy pamiętać o przeszłości, aby znowu w nim nie ugrzęznąć.
Film można obejrzeć na platformie Netflix, do czego bardzo zachęcam.

Kasia „Katka” Porębska