Final Fantasy XV było wyczekiwane przez fanów serii całą dekadę od pierwszych informacji na temat Final Fantasy Versus 13, jak pierwotnie ochrzczono ten projekt. Rok po premierze gry nadal jest ona rozwijana przez twórców, po raz pierwszy w historii odsłon dla pojedynczego gracza. Czy to jednak wystarczyło, żeby zatrzeć pierwsze wrażenie po tytule pełnym niedoróbek, uproszczeń i złamanych obietnic?

Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy Final Fantasy XV odniosło sukces, czy jednak nie do końca. Z jednej strony gra sprzedała się bardzo dobrze – zgodnie ze słowami Hajime Tabaty, głównego producenta gry, we wrześniu 2017 Square Enix odnotowało 6,5 miliona sprzedanych kopii. Z drugiej jednak gra została mocno skrytykowana przez fanów (w tym mnie) za rezygnację z niektórych rozwiązań zapowiedzianych wcześniej, narracyjny chaos i niezbyt rozbudowany główny wątek. Na przestrzeni ostatniego roku dostaliśmy kilka dodatków, które były ewidentną odpowiedzią na krytykę (jak dodatkowa zawartość w rozdziale 12 czy alternatywna wersja rozdziału 13), albo pełnoprawnymi DLC dla każdego z trójki towarzyszy Noctisa.

01-02.2017 – Moogle Chocobo Carnival i Timed Quests

Zaczęło się niewinnie – poza dodatkami fabularnymi dla Gladio, Prompto i Ignisa zapowiedziano kilka pomniejszych w formie eventów. Polegały one z grubsza na tym, że na konkretnym obszarze świata gry pojawiały się czasowo nowe misje do wykonania, najczęściej okraszone kolorowymi grafikami, dodatkowymi przedmiotami i ubraniami dla Noctisa. Nie było to coś, co szczególnie by mnie interesowało, więc bardzo szybko odpadłam. Jednak dodanie Timed Quests było już ciekawym wyzwaniem, zwłaszcza dla osób takich jak ja, które w okolicach lutego większość misji pobocznych miały już za sobą.

03.2017 – Episode Gladiolus i alternatywna wersja rozdziału 13

Niestety Episode Gladiolus był dla mnie sporym rozczarowaniem, bo nie wnosił niczego nowego do fabuły, ani nie wyjaśniał bardzo interesujących kwestii, które pojawiły się wcześniej – po prostu dowiadywaliśmy się, jakie wyzwania czekały Gladio wówczas, gdy na moment odłączył się od drużyny. Nawet to, że dla odmiany mogliśmy zagrać innym bohaterem, nieszczególnie wynagradzało fakt, że fragment gry został ewidentnie wycięty pod to, aby sprzedać go później jako DLC.

06.2017 – Episode Prompto

Episode Prompto kazał na siebie czekać dość długo, bo aż do czerwca, ale nie da się ukryć, że był zdecydowanie lepiej przemyślany od poprzedniego – przede wszystkim dlatego, że chwilowe zniknięcie Prompto z drużyny było lepiej uzasadnione fabularnie. Prowadzenie Prompto sprawiało też o wiele większą satysfakcję, a ładunek emocjonalny tego dodatku był naprawdę spory. Szkoda tylko, że sam dodatek – podobnie jak Episode Gladiolus – był bardzo krótki, udało mi się go skończyć w trochę ponad godzinę.

08.2017 – Assassin’s Festival

Square Enix we współpracy z Ubisoftem przygotowało specjalny event nawiązujący do serii Assassin’s Creed i premiery najnowszej części gry – Origins. Chociaż pomysł sam w sobie był ciekawy, wykonanie niestety pozostawiało wiele do życzenia. Oczywiście w ramach tego eventu mieliśmy krótką specjalną misję fabularną, nowe stroje i kilka śmiesznych scenek do obejrzenia, ale niestety nie było to nic specjalnego i moim zdaniem, poza byciem elementem humorystycznym, sam event niewiele wnosił do rozgrywki.

10.2017 – Dodatkowe sceny w rozdziale 12

Aktualizacja październikowa była moim zdaniem bardzo udana. Do tej pory jedyną szansą na poznanie historii astrali (taką nazwę w tej części gry noszą summony, które od czasu do czasu pomagają nam w walce) było zbieranie dobrze ukrytych dzienników i zapoznawanie się z lochami (zwłaszcza jedną lokacją – Pitioss). Niestety te informacje nie były częścią głównej historii, a nie wszyscy mieli ochotę na tak szczegółowe przeczesywanie okolicy. Niestety pozostało to moim zdaniem dużą szkodą dla ogólnej fabuły gry, bo wydarzenia dotyczące astrali są bardzo istotne w kontekście tego, co dzieje się zwłaszcza w ostatnim rozdziale. Cieszę się, że przynajmniej informacje o wojnie astrali zostały dodane do gry, chociaż wolałabym, żeby cała ich historia znalazła się w tej produkcji.

11.2017 – Comrades

Comrades było dodatkiem, który w założeniach wydawał się strzałem w dziesiątkę. Bez zbędnych spoilerów napiszę tylko, że jego akcja dzieje się w momencie, kiedy w podstawowej wersji gry dostajemy przeskok o 10 lat do przodu. Co więcej, jest to dodatek pozwalający na rozgrywkę w trybie multiplayer – do zabawy możemy zaprosić aż trójkę znajomych, bo drużyny składają się zawsze z czterech osób. Przyznam szczerze, że jeśli ma się do grania dobrą ekipę, potrafi to sprawić mnóstwo frajdy. Dość powiedzieć, że spędziłam na graniu w niego około 15 godzin w zasadzie tylko po to, żeby wypróbować różne sposoby walki i taktyki na ubicie potężniejszych przeciwników. Same założenia są bardzo proste – mamy główną bazę znajdującą się w Lestallum i stamtąd udajemy się na questy, na które zabieramy znajomych. Okazuje się również, że wcale nie trzeba grać ze znajomymi, aby grę ukończyć – jeśli nie mamy takiej możliwości (albo nie mamy wykupionego abonamentu PlayStation Plus), gra pozwala nam na zabawę w pojedynkę z kompanami sterowanymi przez AI. Jest to rozwiązanie o tyle dobre, że to chyba najciekawszy fabularnie dodatek, który faktycznie trochę rozszerza uniwersum.Prawdopodobnie głównie dlatego, że dotyczy zupełnie innych bohaterów, a nasi przyjaciele znani z głównej części gry pojawiają się tylko okazjonalnie i nie odgrywają w całej historii żadnych większych ról. Mimo tego, iż najbardziej czekałam na Episode Ignis, to chyba Comrades jest moim ulubionym dodatkiem.

12.2017 – Episode Ignis

Episode Ignis to ostatni z zapowiedzianych dodatków wydanych dla FFXV – a przy okazji ten, na który najbardziej czekałam. Wyjaśnia bowiem, jak doszło do tego, że Ignis, mój absolutnie ulubionych bohater FFXV, doznał poważnego uszczerbku na zdrowiu, którego świadkami jesteśmy w czasie głównej fabuły gry. W dodatku pojawiają się również Ravus i Lunafreya, co było miłym ukłonem w stronę fanów, bo wielu graczy miało wrażenie, że ci bohaterowie zostali potraktowani trochę po macoszemu. Dodatkowo Episode Ignis jest najbardziej wzruszającym ze wszystkich trzech dodatków fabularnych, a także jako jedyny oferuje nam obejrzenie alternatywnego zakończenia całej gry – co jest o tyle ciekawe, że jest ono naprawdę dobre i ciekawe, a do tego niezwykle poruszające. Chyba nawet bardziej, niż sam dodatek. Jednocześnie to właśnie Episode Ignis jako jedyny rzuca trochę inne światło na bohatera – dowiadujemy się więcej na temat jego motywacji, a nawet dostajemy króciutką, za to niezwykle ważną retrospekcję z lat jego młodości. To wszystko połączone z trzema możliwymi zakończeniami DLC – bo mamy również zakończenie złe – tworzy bardzo spójną całość. Poza tym to właśnie po nim dostaliśmy funkcję, o którą gracze prosili od dawna – czyli możliwość przełączania się w trakcie walki między bohaterami. Teraz nie musimy prowadzić tylko Noctisa – z racji tego, że styl walki został dopracowany w końcu dla każdego z bohaterów z osobna, możemy wybrać sobie naszego ulubieńca i to nim prowadzić wszystkie walki.

Gdzie jesteśmy? Dokąd zmierzamy?

Chociaż większość dodatków, które Square Enix nam zaserwowało, uważam za udane, nadal nie mogę pozbyć się wrażenia, że to właśnie tak cała gra powinna (i być może miała) wyglądać od samego początku. Szczerze mówiąc wolałabym chyba poczekać kolejne pół roku i pozwolić im na spokojnie opowiedzieć całą historię, a nie dostawać ją po kawałku.Uważam się za bardzo cierpliwego gracza, ale znam takich, którzy, mimo sympatii do Final Fantasy XV, nie mieli już ochoty na powrót do tego świata, zwłaszcza, że ostatni dodatek dostaliśmy ponad rok po premierze gry. Co więcej, Square Enix nieśmiało przebąkuje o kolejnym zestawie dodatków fabularnych, który miałby zawierać się w kolejnym Season Pass. Tutaj być może faktycznie dostalibyśmy w końcu coś nowego – do tej pory było to tak naprawdę łatanie dziur i dopowiadanie historii, które – przynajmniej zgodnie z moim wrażeniem – zostały na siłę uproszczone w podstawowej wersji gry, aby potem dodać je w DLC i chociaż nie są to zdarzenia naprawdę kluczowe dla fabuły, to przynajmniej w przypadku Episode Prompto i Episode Ignis były to rozwiązania dość zaskakujące. W zasadzie tylko Comrades rozszerzało uniwersum o rzeczy nowe. Z jednej strony więc cieszę się, że dołożono te wszystkie elementy (szczerze mówiąc nie wyobrażałam sobie np. pominięcia wydarzeń z Episode Ignis) i dodano sceny w rozdziałach 12 i 13. Z drugiej jednak – gra powinna zawierać te wątki, oraz wiele innych, od samego początku i gracze nie powinni musieć się o nie dopraszać. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że Square Enix bierze sobie uwagi fanów bardzo do serca, wobec czego podejrzewam, że większość dodatkowych scen dostaliśmy tylko i wyłącznie dzięki utyskiwaniom graczy.

Final Fantasy XV to gra, w którą grało mi się bardzo przyjemnie nawet w jej podstawowej formie – spędziłam przy niej w sumie dobrze ponad 100 godzin i nie żałuję ani jednej. Tym bardziej jestem trochę zła, że po pierwsze nie dostałam tego, co mi obiecywano, a po drugie – że muszę przechodzić kolejne DLC, żeby poznać wydarzenia, które już w podstawowej wersji gry powinny być oczywiste. Niemniej jednak z przyjemnością kupię Season Pass 2, jeśli takowy faktycznie się pojawi – bo ostatecznie, mimo wszystkich oczywistych wad konkretnego tytułu liczy się to, jak bardzo angażujemy się w historię, jak bardzo lubimy bohaterów i jak dobrze się bawimy. A ja przy Final Fantasy XV bawiłam się wyśmienicie.

Anna Nowak