Jak już wiedzą wszyscy zainteresowani, film „Kong: Wyspa Czaszki” zebrał raczej umiarkowanie przychylne recenzje, jeśli zestawić je z oczekiwaniami, jakie pojawiły się po wypuszczeniu w świat trailerów. Mimo to, jeśli ktoś jest miłośnikiem wszelkiej maści potworności to nie ma wyboru, musi iść do kina. Wszelkie zalety jakie Kong posiada, ze wskazaniem na piękne zdjęcia, można docenić wyłącznie na wielkim ekranie.

…ale ja nie o tym chciałem. Jako, że wszystkie recenzje jakie zdążyłem przeczytać są mniej więcej takie same, ja skupię się na analizie występujących w filmie monstrów. Nazwy są umowne, a kolejność przypadkowa. Zdaję sobie sprawę, że gdzieś tam w internecie są te potwory dokładnie rozpisane, nazwane i rozłożone na czynniki pierwsze. Ja jednak opieram się wyłącznie na wrażeniach po obejrzeniu filmu (no dobra, niechcący oko zawiesiło mi się na informacji, że robal w drzewie to modliszka, ale to tyle).

Kong. Z całej historii King Kongów najbliżej mu do tego z Toho, który tłukł się z Godzillą w 1962 roku. Wyprostowana sylwetka odróżnia go znacząco od inkarnacji z filmu Petera Jacksona, gdzie przypominał bardziej prawdziwą małpę niż homo erectus. Nie mam z tym problemu, skoro uniwersum łączące go z wywodzącymi się z Japonii potworami jest bardziej umowne niż starające się stwarzać pozory autentyczności wcześniejsze odsłony amerykańskie. Dziwi mnie jedynie łagodne usposobienie Konga. W pierwszej scenie ze swoim udziałem niesiony słusznym gniewem rozprawia się ze śmigłowcami i ich załogą, by później przeistoczyć się w zdroworozsądkowego i dobrotliwego gospodarza wyspy. Podobno jego zmiana nastawienia do przybyłych ludzi spowodowana była sytuacją, gdy reporterka starała się uwolnić bawoła błotnego przygniecionego wrakiem helikoptera. Czyli co? Zrzucili bomby na wyspę, zabili przy okazji wiele zwierząt, starali się zabić mnie, ale skoro jeden z nich majstrował coś przy unieruchomionym bawole, to w sumie wystarczy za rekompensatę za poprzednie przewinienia? Troszeczkę to naciągane. Poza tym w wielu scenach Kong sprawiał wrażenie znudzonego, nawet ośmiornicę zeżarł jakby tak od niechcenia. Podobnie jak Godzilla z 2014 roku, Kong pełni rolę stabilizatora czuwającego nad równowagą w przyrodzie. Tyle, że jego oddziaływanie ogranicza się zaledwie do Wyspy Czaszki, podczas gdy zasięg Króla Potworów jest globalny.

Ośmiornica. Jej pojawienie się to kolejny, po sylwetce Konga, ukłon w stronę japońskiego filmu „Kong Kong vs. Godzilla” (1962). Niestety trudno nazwać to hołdem dla kreatury sprzed 55 lat. Tamto wcielenie gigantycznego głowonoga nie tylko stoczyło bardziej morderczą bitwę z przerośniętym gorylem, lecz także zgasiło kilka ludzkich istnień. Przedstawiono ją za pomocą naprzemiennych ujęć prawdziwej ośmiornicy, gumowego modelu oraz animowanych poklatkowo macek, które porywały ludzi w morskie odmęty. W nowej odsłonie jest to mocny kandydat do roli najbardziej bezużytecznego potwora wszech czasów. Kong nawet się nie spocił, zanim wciągnął ośmiornicze macki niczym spaghetti. Chyba tylko Hedorah z filmu „Godzilla: Final Wars” (2004) stoczyła bardziej żałosny bój. Wątpliwości budzi też pojawienie się ośmiornicy w wodzie śródlądowej, podczas gdy jest to zwierzę typowo morskie.

Bawół błotny. Wizualnie bardzo ładny, dostojnie zarośnięty roślinnością. Szkoda, że tak skromnie wykorzystany w filmie. Aż się prosiło żeby zaprezentować takie monstrum podczas szarży. Ciekawy jestem jakiego typu żywot prowadził, że obrósł florą tak bujnie. Wydawało mi się, że widziałem stado podczas zrzutu jednej z bomb, co wskazywałoby na aktywną egzystencję w lesie. Chyba że starsze, wyrośnięte osobniki zmieniają tryb życia na bardziej osiadły i wodno-lądowy, przez co zarastają. Niewykorzystany potencjał.

Czaszkołazy. Miło ze strony twórców filmu, że głównym przeciwnikiem Konga uczynili ulepszoną wersję stworzonka z oryginalnego filmu z 1933 roku. Wtedy dwunoga jaszczurka dostała zaledwie epizod, teraz jest jednym z głównych bohaterów filmu z rozbudowaną hierarchią wewnątrzgatunkową. Ogromny lider jaszczurów siedzi pod ziemią, by nie spotkać na swej drodze Konga. Wysyła tylko swoich mniejszych kolegów na przeszpiegi i prawdopodobnie po pożywienie, bo trudno powiedzieć jak złożony ekosystem znajduje się pod ziemią na Wyspie Czaszki i czy jego uczestnicy wystarczają by zaspokoić apetyt jaszczuropodobnych stworów. Wychodzi na to, że szeregowe czaszkołazy są sterroryzowane przez wielkiego, bo skoro boss boi się wychynąć na powierzchnię, to co dopiero te mniejsze. Skoro wyłażą, to znaczy, że wolą zaryzykować spotkanie z Kongiem niż narazić się szefowi. Możliwe, że mają też umiejętność rejestrowania wstrząsów sejsmicznych niczym wężoidy znane z serii Tremors. Wnioskuję po tym, że jak tylko Kong zwalił się na glebę potraktowany napalmem, to nie minęła chwila, a wielki czaszkołaz już hasał sobie w najlepsze w pobliżu. Nie wróżę mu jednak kariery w kolejnych filmach uniwersum. Niestety, nie jest tak charyzmatyczny, czy atrakcyjny wizualnie jak chociażby M.U.T.O. z Godzilli z 2014 roku, a i ten ostatni nie należał do najciekawszych przeciwników Króla Potworów. Tak czy inaczej, jak na głównego złego filmu bardzo mało się o nim dowiadujemy, co jest moim zdaniem sporym uchybieniem twórców filmu.

Pająk. Kolejna reminiscencja klasycznych filmów wytwórni Toho. Pierwsze pojawienie się Kumongi, czyli wielkiego pająka, datuje się na 1967 rok i obraz „Son of Godzilla”. Od tamtej pory co jakiś czas pojawiał się na ekranie, ostatni raz we wspomnianym już wcześniej „Godzilla: Final Wars” (2004). Najnowsza inkarnacja, w przeciwieństwie do swoich protoplastów, jest mało żwawa, nie dysponuje pajęczyną, za to nabija oponentów na swe odnóża przywodząc odległe skojarzenia z ikoniczną sceną z „Cannibal Holocaust” (1980). Z jego korpusu wyłaziły chwytne, mackopodobne twory. Coś podobnego widziałem już u jednego z przeciwników w grze „Cadillacs & Dinosaurs”. O skromnych możliwościach batalistycznych pająka świadczy fakt, że dał się ubić ludziom. Szkoda, że nie oglądaliśmy starcia z innym potworem, ale patrząc na jego mobilność obstawiam, że nawet ośmiornica dałaby mu radę.

Robal w drzewie. Podobno to modliszka, ale jak na drapieżnika to jakaś taka mało zaczepna. Jej pojawienie się w Kongupozbawione jest większego sensu. Nie dość, że ucieka wystraszona kilkoma strzałami z broni palnej, to jeszcze wizualnie pasuje bardziej do filmu fantasy w klimacie „Alicji w Krainie Czarów”, niż do zestawu śmiertelnie niebezpiecznych potworów z zapomnianej przez Boga wyspy.

Pterodaktyle. Ładne, kolorowe i najbardziej realistycznie wyglądające ze wszystkich stworów z Wyspy Czaszki. Kolejny raz jednak trzeba napisać o zmarnowanym potencjale. Jedyną zapadająca w pamięć sytuacją z ich udziałem było porwanie z tratwy jednego z uczestników wyprawy, chociaż i tu należy się do… eee… przyczepić. Latające gady to stworzenia o bardzo kruchej budowie. Skoro cearadaktyl będący wielkości człowieka posiadał masę ok 15kg, to ile mogła ważyć ta drobinka z Wyspy Czaszki? I miała na tyle siły, by porwać w przestworza dorosłego człowieka? Dobre sobie. Tak czy inaczej, porównując z „Jurassic World” czy „Jurassic Park III”, gdzie znalazły się spektakularne sceny z udziałem pterodaktyli, to co mamy okazję zobaczyć w Kongu prezentuje się nad wyraz skromnie.

Czaszka triceratopsa. Ostatni punkt programu potraktujemy bardziej symbolicznie. Wspomniana czaszka pojawia się tylko w jednej scenie, niczym środkowy palec twórców filmu wyciągnięty w stronę widzów. Mamy jakieś chodzące drzewa, pająki, ośmiornice, bawoły, a nie ma dinozaurów?! Jak to? Dlaczego!? Skoro na wyspie walają się kości, to co komu szkodziło wrzucić chociaż w epizodycznych rolach żywego triceratopsa, czy innego stegozaura? W oryginalnym King Kongu z 1933 roku znalazły się aż cztery gatunki dinozaurów, a do tego cały zastęp innych prehistorycznych gadów i nie tylko. Tamta dżungla żyła i roiła się od wszelkiej maści stworzeń, mimo, że dysponowano techniką wymagającą mozolnej i czasochłonnej pracy, by wprawić w ruch każde z nich. W Kongu zaś mamy kilka średnio udanych kreatur, w większości w epizodycznych rolach. Wyspa nie sprawia wrażenia bujnej oazy. Nie przyjmuję kontrargumentacji, że zabieg ten miał upodobnić Konga do  kaiju, gdzie najczęściej występowały dwa – trzy potwory. Akcja japońskich filmów toczyła się w większości na terenach zurbanizowanych. Poza tym technika wykorzystanych efektów specjalnych, gdzie aktor przywdziewał kostium, determinował takie, a nie inne rozwiązania. Dlatego nowego Konga zestawiać należy raczej z poprzednimi filmami o wielkiej małpie, tudzież słynną serią o dinozaurach, czy innymi filmami o wyprawie ekipy na dziką wyspę zamieszkałą przez prehistoryczne stworzenia.

Mimo licznych wad i niedociągnięć wciąż jest to film warty uwagi, na którego seans miłośników stylistyki na pewno nie trzeba namawiać. Jednak jeśli najbardziej epicką sceną filmu jest przedstawienie malunków naskalnych wewnątrz jaskini, to raczej kiepsko świadczy to o Kongu. Sam nie wiem, czy wyczekiwać spektakularnego boju z udziałem najbardziej klasycznych japońskich potworów, czy może lepiej zaocznie zacząć już gromadzić zapasy melisy i ochraniaczy na czoło.

Andrzej Kieś