“Kingsman: Tajne Służby”, pierwszy film poświęcony elitarnej jednostce służb specjalnych na usługach Jej Królewskiej Mości, zdobył serca kinomanów. Czy „Kingsman: Złoty Krąg” okazał się sequelem najwyższej próby, czy niestety mamy do czynienia z filmowym tombakiem?

Reżyser złota rączka

Oparta na komiksie “The Secret Service” filmowa historia z 2014 roku zachwyciła swoimi bohaterami, humorem, montażem i świeżym podejściem do kina szpiegowskiego, będąc bardzo udaną parodią między innymi filmów poświęconych Jamesowi Bondowi. Matthew Vaughn umiejętnie połączył elementy pastiszu z wciągającą historią, tworząc zarówno zgrabny komentarz na temat konsumpcjonizmu i dzisiejszych elit, jak również dając widzom czystą rozrywkę. Bohaterów łatwo było polubić, a scena w kościele zapadnie mi w pamięć na długie lata. Dla mnie osobiście pierwsza część filmowej serii była powiewem świeżości, na który czekałam od dawna, wobec czego zajęła w moim sercu szczególne miejsce, zwłaszcza, że uwielbiam filmy, które tematy tajnych organizacji traktują z inteligentnym przymrużeniem oka.

Jakże wielka była moja radość, kiedy ogłoszono start prac nad kolejną częścią! Patrząc na inne dokonania filmowe Vaughna byłam o ten sequel absolutnie spokojna, wierząc, że bez problemu uda mu się dorównać świetnej w moim odczuciu jedynce, a być może nawet w pewien sposób przeskoczyć ten wzór i stworzyć coś jeszcze przyjemniejszego. Przecieki z planu napływały systematycznie i napawały bardzo dużym optymizmem. Moim faworytem do dziś pozostaje komentarz wygłoszony przez Colina Firtha w pełnym kostiumie granego przez niego bohatera, Harry’ego Harta, na planie drugiej części filmu: “Nie mogę potwierdzić, czy mój bohater pojawi się w tym filmie, czy nie.” Pozwalało mi to spać spokojnie i z dużą niecierpliwością czekać na premierę filmu, który śmiało mogę określić najbardziej wyczekiwanym przeze mnie w tym roku tytułem, zaraz po “Star Trek: Discovery”. Z nieukrywaną radością pobiegłam na jeden z przedpremierowych seansów, żeby w końcu powrócić do świata agentów Kingsman i dowiedzieć się, jak dalej potoczyła się ich historia.

Obietnica złotych gór

“Kingsman: Złoty Krąg” zaczyna się intrygująco. Przedstawia główną antagonistkę, królową narkotyków o imieniu Poppy, graną przez Julianne Moore. Dąży ona do legalizacji narkotyków, co z kolei miałoby sprawić, że nie musiałaby ukrywać się na wyspie w Kambodży niczym podrzędny przemytnik, a mogłaby ostatecznie zostać uznana za niezwykle przedsiębiorczą businesswoman. W końcu na biznesie narkotykowym udało jej się zbić fortunę, czyniącą ją nieoficjalnie najbogatszą kobietą na świecie. Jej baza wygląda niczym żywcem wyjęta z amerykańskich lat 50-tych. Bardzo szybko okazuje się również, że tytułowy Złoty Krąg to tatuaż wykonywany z wykorzystaniem szczerego złota, za pomocą którego Poppy oznacza swoich zaufanych ludzi. Jednym z nich jest powracający w roli cyborga Charlie (Edward Holcroft), który już na samym początku filmu próbuje dopaść głównego bohatera, Eggsy’ego (granego przez Tarona Egertona). Jak szybko wychodzi na jaw, nie chodzi tu o zemstę, ale o wyeliminowanie całej organizacji Kingsman. Tutaj niestety pojawia się pierwsza sprawa, która wybiła mnie z rytmu. Zupełnie niepotrzebnie film pozbywa się prawie wszystkich bohaterów pierwszej części, poza Eggsym, Merlinem i, jak się później okazuje, Harrym.

W poszukiwaniu pomocy nieliczni pozostali bohaterowie docierają do organizacji Statesman – tajnych służb mieszczących się w USA i działających pod przykrywką fabryki alkoholu. Jak na Amerykanów przystało, członkowie Statesman walczą używając między innymi elektrycznych lasso. To właśnie tutaj spotykamy ponownie Harry’ego. Spodziewałam się, że jego ponowne spotkanie z Eggsym będzie bardzo emocjonalne, zważywszy na to, jak ważną postacią w życiu młodego agenta był Harry. Niestety pojawienie się Harry’ego w tym filmie jest kompletnie pozbawione ładunku emocjonalnego. Ma się wrażenie, że Colin Firth chyba nie do końca chciał drugi raz grać tego samego bohatera. Szkoda, bo w pierwszej części był postacią niezwykle charyzmatyczną i charakterną. Podobnie jak Eggsy, który w części drugiej po prostu… jest. Poza tym, że rzuca przekleństwami na prawo i lewo, a do tego stara się zachować w porządku w stosunku do swojej dziewczyny, duńskiej księżniczki znanej z pierwszej części filmu, nie pokazuje się z żadnej nieznanej strony. Jego postać nie zmienia się w trakcie filmu w żaden sposób i zupełnie się nie rozwija. W porównaniu z częścią pierwszą nie mamy tutaj zresztą żadnych spektakularnych przemian. Mamy za to mnóstwo bezsensownych scen i niepotrzebnych bohaterów, którzy niczego konkretnego nie wnoszą, a dodatkowo tylko wzmacniają rozczarowanie.

W zasadzie nie wiadomo, w jakim celu pojawiają się Statesman i dlaczego akcja części filmu dzieje się akurat w Ameryce. Nie ma to żadnego uzasadnienia. Być może udałoby się to obronić, gdyby coś konkretnego z tego wynikało. Nie mamy tutaj żadnej historii i żadnego wytłumaczenia, choćby w stylu krótkiego “Sto lat temu nasi założyciele podpisali pakt, który gwarantował nam wzajemne wsparcie”. Postaci takie, jak grana przez Halle Berry, pojawiają się w zasadzie bez żadnego celu i nie wnoszą niczego do całej historii. W ogóle oglądając ten film miałam wrażenie, że cała fabuła jest tutaj strasznie płaska i aż za bardzo przerysowana. Bawiłam się dobrze w zasadzie tylko przez pierwsze dwadzieścia minut. Później wszystkiego było już za dużo, jakby Vaughn obrał sobie za cel stworzenie sequela, który będzie przerysowany jeszcze bardziej od jedynki. Niestety w wyniku tych zabiegów konwencja często zjada własny ogon, bo zamiast być parodią, film staje się dokładnie tym, co miał wyśmiewać.

Złote kalesony

Będąc przy słabych żartach nie mogę nie wspomnieć o scenie, która spowodowała u mnie chyba największy niesmak. Jeśli widzieliście pierwszą część, prawdopodobnie pamiętacie kontrowersję narosłą wokół słynnej sceny z końca filmu, gdzie księżniczka oferuje Eggsy’emu seks analny, jeśli uda mu się uratować świat. Uważam ten żart za wyjątkowo kiepski i cieszę się, że w wersji, którą widziałam po raz pierwszy, ów żart został wycięty – w ten sposób mogę udawać, że go tam nie było. Vaughn niestety nie wziął sobie do serca krytyki z tym związanej. Co więcej, mam wrażenie, że chcąc ostatecznie zagrać wszystkim na nosie, nie tylko powtarza go w drugiej części filmu, ale idzie jeszcze dalej. W jednej ze scen Eggsy i agent Statesman, Whisky, mają za zadanie umieścić nadajnik wewnątrz dziewczyny podczas festiwalu muzycznego. Okazuje się, że najłatwiej zrobić to za pomocą konkretnych błon śluzowych. Nie muszę dodawać, że scena jest pokazana na tyle szczegółowo, żebyśmy nie mieli wątpliwości, że chodzi o błonę śluzową w waginie.

Nie jest jednak tak, że film w całości jest do niczego. Nadal mamy szybką akcję, świetną i efektowną choreografię walk. Niestety wciąż nie umywają się one do części pierwszej i nie ma tutaj niczego na miarę słynnej sceny w kościele, czy tej, w której wybuchają głowy elit tego świata i unoszący się z nich kolorowy dym tworzy piękną artystyczną kompozycję. Nie ma walk tak finezyjnych jak te, w których pojawiała się Gazelle. Mamy ciekawe podejście do tematu legalizacji narkotyków, prezydenta USA o bardzo kategorycznej opinii w tej kwestii i bardzo uroczo-mroczną Julianne Moore w roli Poppy. Aktorka świetnie nadaje się na czarny charakter i szkoda, że nie dano jej więcej czasu ekranowego, aby mogła przedstawić się tak kompleksowo, jak Valentine w części pierwszej. Nie mogę zrozumieć powodu, dla którego ekspozycja bohaterów jest w tej części tak słaba w porównaniu do poprzedniej. Zdenerwowało mnie to szczególnie w przypadku podejścia do jednej z głównych postaci, którą postanowiono uśmiercić, w dodatku – a jakże – zupełnie bezsensownie. Scena ta mogła mieć wszystko – odpowiedni ładunek emocjonalny i znaczenie fabularne. Miała niestety tylko świetny podkład muzyczny. Cała reszta była zupełnie bez sensu i kwalifikowała się wręcz do nagrody Darwina.

“Kingsman: Złoty Krąg” okazał się dla mnie niestety wielkim rozczarowaniem. Im dłużej myślę o tym filmie, tym bardziej jestem zła na Vaughna, że postanowił postawić na przerost formy nad treścią. Nie wymagam od filmów rozrywkowych niezwykle rozbudowanej fabuły, ale niestety nie potrafię dobrze się bawić bez przynajmniej zarysowanego tła dla konkretnych wydarzeń i bez zaangażowania ze strony bohaterów. Być może oczekiwałam po tym filmie zbyt wiele, być może balans, jaki udało się zachować w części pierwszej, jest niedościgniony – niemniej jednak potencjał był ogromny i tym gorzej, że nie został wykorzystany. Udane aranżacje “Country Road” niestety nie wystarczą, żebym chciała do tego filmu wrócić. Chyba jutro na pocieszenie odświeżę sobie pierwszą część i będę udawać, że drugiej po prostu nie ma.

Anna Nowak