Każda saga ma swój początek, a z nią losy każdego z jej bohaterów. Nawet drobnego łotrzyka jak Han Solo, który ponad wszystko uwielbia podkreślać, że nie wiążą go pojęcia takie jak lojalność, rodzina czy wyższe idee. Czy najnowszy film z uniwersum Gwiezdnych Wojen jest w stanie zachować własną tożsamość? Czy jednak grzęźnie w powiązaniach z głównymi filmami i staje się zaledwie przeciętnym historycznym suplementem?

„Han Solo: Gwiezdne Wojny – Historie” pokazuje nam głównego bohatera przynajmniej dekadę przed tym, jak spotkał Luke’a, Leię i resztę radosnej gromadki rebeliantów. W galaktyce pełnej bezprawia zajmuje się on drobnymi przekrętami pod czujnym okiem watażków „średniego szczebla” próbujących znaleźć swoje miejsce w sieci zależności zdominowanej przez potężne przestępcze syndykaty. Jest jeszcze optymistą. Marzy o zostaniu pilotem i ucieczce z ponurego kawałka skały jakim jest jego rodzinna planeta. Środki na to próbuje zdobyć ryzykując przy coraz to nowych zleceniach, nie unikając przy tym kombinowania na własną rękę.

Przedstawienie młodego Solo przez Aldena Ehrenreicha jest całkiem udane i ma w sobie niezaprzeczalny urok. Krzyk podniesiony przez przeciwników takiego obsadzenia roli (jak to zazwyczaj bywa) okazał się niepotrzebny. Nie trzeba zbyt dużego wysiłku aby dostrzec, jak ten wygadany młodzieniec przekształci się w ukochaną przez pokolenia postać graną przez Harrisona Forda.

Nie trzeba zbyt dużego wysiłku aby dostrzec, jak ten wygadany młodzieniec przekształci się w ukochaną przez pokolenia postać graną przez Harrisona Forda.

Początek filmu przedstawiający życie Hana wraz z ukochaną Qi’rą (Emilia Clarke) na Corellii mija w dość szybkim tempie. Han ostatecznie opuszcza planetę mając za bagaż jedynie postanowienie, że powróci zdolny naprawić popełnione błędy, nawet jeżeli zajmie mu to lata. Odnajdujemy go kilka lat później w zaskakującej roli, wymuszającej na nim rutynę i postępowanie według poleceń. Han nienawidzi takiego życia, ponieważ nienawidzi być przez kogokolwiek kontrolowanym. Kiedy trafia na grupę bandytów (w tym Woody’ego Harrelsona i Thandie Newton), szybko dociera do niego, że kariera awanturnika to jedyna droga jaką może zrealizować swój główny cel.

Harrelson w dość oszczędny sposób gra Tobiasa Becketta, długoletniego złodzieja, początkowo niechętnego dołączeniu Hana i jego nowego kumpla, Chewbacci (Joona Suotamo), do swojej ekipy. Jego Beckett nie jest karykaturą czy stereotypem kosmicznego przemytnika; jest twardym facetem, który wiele przeżył i wiele stracił, przez co bez ogródek rzuca teksty, że nigdy nie należy ufać innym, albo że ludzie są zawsze przewidywalni. Wtedy właśnie orientujemy się, skąd Han wziął podstawy swojej późniejszej filozofii.

Plan nowej ekipy jest prosty, niemal klasyk filmów akcji od wielu, wielu dekad. Na lodowej planecie drużyna próbuje przejąć pociąg wypełniony po brzegi wyjątkowo cennym ładunkiem. Również w zgodzie z klasyką napad jest tylko punktem wyjścia dla większej intrygi. Han zostaje rzucony w wir kolejnych wydarzeń, z jeszcze większą liczbą postaci, z impetem, który zapewnia wystarczającą ilość energii do utrzymania zainteresowania historią aż do końca filmu.

Większość wprowadzanych w filmie postaci drugoplanowych pojawia się jedynie w służbie ciągle ewoluującej kryminalnej historii i jej konsekwencji dla postaci Solo. Odległa galaktyka to niebezpieczne miejsce, a bycie przestępcą niesie tam dodatkowe ryzyko dla przewidywanej długości życia. Niestety nie jest nam dane dostatecznie przywiązać się do niektórych bohaterów, aby odpowiednio mocno odczuć ich brak w dalszej części. Nie przejmujcie się: pozostałe postaci też nie zawracają sobie tym głowy. Nieco inaczej sprawa wygląda z postacią Qi’ry, podobnie jak Donalda Glovera w roli Lando Calrissiana (który, mam pewność, z łatwością poradzi sobie we własnym spinoffie, szczególnie że dostanie tam znacznie więcej czasu ekranowego niż w tej historii), czy z charyzmatycznym i buntowniczym robotem Lando, L3-37, którego gra Phoebe Waller-Bridge, podobnie jak inne droidy z tego uniwersum, kradnąc każdą scenę, w której jest obecna.

Film nie do końca spełnia oczekiwania wobec typowego „heist movie”. Chociaż mamy tutaj aż dwa tego rodzaju wątki, brakuje emocji jakie towarzyszą zazwyczaj etapom zbierania ekipy czy planowania. Po prostu tych elementów w „Solo” nie ma. Bez problemu da się również zauważyć jaki wpływ na spójność jego poszczególnych części miało zamieszanie dotyczące osób odpowiedzialnych za reżyserię.

Cała legenda Hana Solo skompresowana w dwie godziny seansu.

Do pewnego momentu film jest niczym więcej jak tylko odhaczaniem faktów z dotyczącej Hana strony Wikipedii, a postaci czekają jedynie na wypełnienie roli, jaką przewidziało im kilkadziesiąt lat istnienia uniwersum. Już w jednej z pierwszych scen widzimy kostki, o których niecałe pół roku wcześniej przypomniał nam „Ostatni Jedi”. Potem widzimy jak bohater dostał swój charakterystyczny blaster, jak spotkał się z Chewiem, jego pierwsze spotkanie z Lando… Cała legenda Hana Solo skompresowana w dwie godziny seansu. Gdyby jeszcze wydarzenia te zostały ukazane w sposób barwny, zaskakujący, budzący emocje, efekt byłby znacznie przyjemniejszy w odbiorze. Jesteśmy zmuszeni patrzeć na rzeczy, które czasami lepiej pozostawić niewidocznymi.

Można powiedzieć, że również „Rogue One”, poprzednia z historii, był ograniczony filmami z głównej sagi, ale ostatecznie musiał on prowadzić jedynie do przekazania planów Gwiazdy Śmierci Rebelii. Bohaterowie, ich historia, byli czymś zupełnie nowym. W przypadku „Solo” mamy do czynienia jedynie z wypełnianiem luk z powodu tak mocnego umiejscowienia jego dalszych losów w sadze. Czy można przejąć się wątkiem romansowym, gdy wiemy, że na końcu i tak czeka księżniczka?

Pomimo wymienionych powyżej wad jest on nadal przyzwoicie poprowadzonym filmem rozrywkowym, który nie zamienia się w festiwal żenady i nielogiczności fabularnych.

Osobiście wolałbym aby kolejne samodzielne filmy powiązane z Gwiezdnymi Wojnami eksplorowały nieznane nam zakamarki uniwersum. Jeżeli jednak pozostaniemy w wąskim kręgu starych znajomych, niech trzymają one przynajmniej poziom „Hana Solo”. Pomimo wymienionych powyżej wad jest on nadal przyzwoicie poprowadzonym filmem rozrywkowym, który nie zamienia się w festiwal żenady i nielogiczności fabularnych. Chociaż da się zauważyć słabszy poziom techniczny realizacji od dysponującego niższym budżetem „Rogue One”, wciąż stanowi on niezłą rozrywkę, szczególnie dla oddanych fanów przedstawionego świata. Odnajdą oni mnóstwo smaczków: od mojego ulubionego, oczywistego nawiązania do kultowego już dialogu („- I hate you. – I know.”) do elementów, które, wydawało się, zniknęły w mroku legend, jak chociażby sztuka walki Teras Kasi. Niezmiennie jednym z filarów wspierających klimat jest muzyka przywołująca wiele klasycznych motywów w nowych aranżacjach.

Ostatecznie „Han Solo” okazuje się być filmem z grupy solidnych średniaków, gdzie wszelkie wady równoważone są przez klimat przygody i wykreowany świat. Trochę szkoda, że nie poszerza on w znaczący sposób uniwersum, a służy w głównej mierze wizualizowaniu znanych już faktów. Pomimo tego, jak każda podróż do odległej galaktyki, dostanie ode mnie dodatkową gwiazdkę. I chociaż cel wędrówki jest nam doskonale znany, miejmy nadzieję, że po drodze czeka nas jeszcze kilka ciekawych historii.

6/10

Tomasz Dziel