Gdybym miał jednym słowem określić „Ostatniego Jedi”, byłoby to: rebeliancki. Niezwykle odważny w swoim buncie, ale, jak sam uczy, taka postawa nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem, bo też nie zawsze jest tego zrozumienia godna.
UWAGA: TEKST ZAWIERA SZCZEGÓŁY FABUŁY „PRZEBUDZENIA MOCY” i „OSTATNIEGO JEDI”.

Dawno, dawno temu…

Disneyowi po przejęciu marki Star Wars udało się osiągnąć rzecz, której chyba nikt się nie spodziewał. Niezależnie czy było to intencjonalne, czy wyszło przypadkiem, twórcy nowych części sprawili, że filmy kinowe sygnowane marką „Gwiezdnych wojen” co prawda nadal są zapisem przygód uwielbianych postaci w ukochanym uniwersum, ale są też czymś więcej – wykorzystując swój status nie tylko o czymś opowiadają, ale są dla popkultury tym o czym opowiadają, oraz opowiadają o tym czym są dla popkultury.

Znając fabułę „Ostatniego Jedi” nie sposób nie odnieść wrażenia, że bardziej niż snuciem kolejnych dziejów ze znanego wszystkim świata twórcy zainteresowani są potraktowaniem jego elementów jako figur popkulturowych potrzebnych do opowiedzenia czegoś innego. Mogą o tym świadczyć liczne niedostatecznie rozwinięte czy porzucone wątki oraz brak dbałości o ekspozycję postaci i przywiązania do dotychczasowych prawideł rządzących światem Star Wars. Pozornie może to być wynikiem niekompetencji nowych właścicieli marki i brakiem poszanowania dla materiału źródłowego, ale wydaje mi się, że powodów takiego stanu jest kilka i niekoniecznie oznaczają same złe intencje.

Jasna i ciemna strona

„Przebudzenie mocy” i „Ostatni Jedi” stoją wobec siebie w dużej opozycji. Przyglądając się im jednocześnie, bez problemu możemy zauważyć autorskość tych dzieł, ich konsekwentne prowadzenie, autotematyczność i różną wymowę.

Przewodnim tematem „Przebudzenia mocy” wydaje się być przeszłość i jej konsekwencje – spuścizna, powinności oraz wynikające z nich przeznaczenie. Wszystko to potraktowane w sposób nostalgiczny i determinujący w duchu dotychczasowych opowieści z tego świata. Świadczy o tym szereg scen i wątków bohaterów żyjących swoją przeszłością i legendami. Rey czekająca na powrót rodziców i uzależniająca od tego swoje życie, poszukiwania mitycznego Luke’a Skywalkera, który z kolei wybrał się na poszukiwania pradawnej świątyni Jedi, Kylo Ren, który boi się, że nie dorówna swojemu dziadkowi czy Najwyższy Porządek, sportretowany jako grupa dosłownie, wręcz karykaturalnie, wzorująca się na dawnym Imperium. Wspiera tę wymowę fakt, że sam film jest powrotem kinowym po kilkudziesięciu latach do tego uniwersum i bohaterów. W służbie meta narracji są również jego konstrukcja i decyzje reżyserskie J.J. Abramsa, wielkiego fana serii. Z pietyzmem odtwarza on atmosferę „Nowej nadziei” reżyserując do tego stopnia bliźniaczo podobne wątki, że niektórzy zarzucali filmowi skrajną odtwórczość i plagiat. Dzisiaj z perspektywy widać, że taka, a nie inna forma i treść mogły nie być tanim sentymentalnym zabiegiem marketingowym, ale spójną wypowiedzią mającą nas przygotować na prawdziwą rewolucję.

 

„Ostatni Jedi” znowu podejmuje temat przeszłości i jej wpływu na teraźniejszość, ale odrzucając sentymentalizm zupełnie otwarcie krytykuje kurczowe się jej trzymanie. Film krzyczy wręcz z ekranu o porzuceniu jej, o dekonstrukcji mitów i legend, o zerwaniu ze schematami i podążaniu własną drogą. Sama w sobie myśl nie jest może tak rewolucyjna jak sposób, w jaki została przekazana. Film nie tylko zdaje się nie przejmować dotychczasowymi prawidłami rządzącymi opowieściami z tego uniwersum, ale też zupełnie świadomie nie spełnia obietnic składanych przez „Przebudzenie mocy”. Wielkie tajemnice okazują się nie takie wielkie, a ważne wątki okazują się kompletnie nieistotne. Wychodząc z kina po pierwszym seansie byłem zdruzgotany. Czułem, że twórcy unieważnili nie tylko stare rozszerzone uniwersum, ale i zresetowali to, co zachwyciło mnie w części VII. Unieważnili dwa lata przejmowania się wydarzeniami z tamtego filmu, wspólnego wraz ze znajomymi snucia teorii, domysłów, poszukiwania informacji, łączenia faktów. Zamiast kontynuacji i spójności, którą „Gwiezdne wojny” zawsze przecież gwarantowały, dostałem zupełnie inną opowieść, choć z tymi samymi bohaterami.

Jednak podczas drugiego seansu spojrzałem na film pod nieco innym kątem. Będąc już świadomym, że nie zobaczę na ekranie rozwinięcia historii, którego oczekiwałem, mogłem zostawić swój żal na parkingu, przyjrzeć się dokładnie „Ostatniemu Jedi” i zobaczyć, że decyzje twórców mogą nie być wynikiem ignoranckiego potraktowania widzów, ale przemyślanym sposobem na wzmocnienie przekazu filmu. Nadal byłem rozżalony, ale zrozumiałem, że może właśnie o to chodziło. „Przebudzenie mocy” nie tylko opowiadało o powrocie legend i przywiązaniu do przeszłości – samo było powrotem legendy przywiązanej do swojej przeszłości. „Ostatni Jedi” nie tylko opowiada o buncie wobec przeszłości – sam jest wobec tej przeszłości buntem.

Rozprawianie się z dawnymi czasami i ich spuścizną nie jest w części VIII jednoznaczne. Film krytykuje ugrzęźnięcie w przeszłosci kiedy zamiast czynić mądrzejszymi i lepszymi ogranicza nas ona, jak Luke’a w jego stosunku do dziedzictwa Jedi. Wydaje się mówić o tym, że przeszłość nie jest determinantą naszego losu, liczymy się my i nasze czyny, a nie to skąd pochodzimy. Nie ma znaczenia czy rodzice Rey byli potężnymi i ważnymi Jedi, czy zwykłymi zbieraczami złomu na Jakku, bo też nie powinno mieć.

Powraca motyw odkupienia znany z historii Dartha Vadera. Nawet jeśli twoja przeszłość splamiona jest krwią jak Kylo, jeśli tkwi w tobie cząstka dobra, to warto o nie walczyć do końca.

Z perspektywy wymowy filmu to, kim jest Snoke, również traci na znaczeniu. Może być równie zmartwychwstałym Vaderem co dozorcą, który przeżył wybuch Gwiazdy śmierci. Jego pochodzenie wydaje się nie ważne wobec obecnego stanowiska, planów i tego, że jest on głównie figurą, przeciwko której, odcinając się od przeszłości ma się zbuntować Kylo (co zresztą wpisuje się w tradycje Sithów).

Z drugiej strony część VIII zauważa, że nie każde czerpanie z czasów minionych jest złe. Potrafią one inspirować, być okazją do wyniesienia lekcji z czyichś błędów, jak wprost tłumaczy Lukowi mistrz Yoda, oraz być źródłem legend dających motywacje, wiarę i siłę przyszłym pokoleniom, co widzimy w epilogu z dziećmi odtwarzającymi scenę z finału. Choć też, film podważa bezkrytyczne patrzenie na herosów i mity portretując Luke’a jako bohatera popełniającego błędy i trzeźwo oceniającego działania Jedi w przeszłości.

Wszystko to, aby wybrzmiał anty konserwatywny morał filmu.

Nie jest też tak, że „Ostatni Jedi” całkowicie ignoruje spuściznę marki. Często wręcz wykorzystuje ją przewrotnie do zabawy z widzem. Grając na naszych przyzwyczajeniach i oczekiwaniach bardzo często wyprowadza nas w pole. Możemy w nim znaleźć mnóstwo nawiązań do „Imperium kontratakuje”, ale za każdym niemal razem są one po to, aby nas zwieść i zagrać na naszym sentymencie. Już sam początek filmu zapowiada powtórkę z bitwy na Hoth. Lecz nie tylko do podobnego wydarzenia wtedy nie dochodzi, ale też kiedy wizualnie bardzo podobną sekwencję oglądamy w finale, jest ona wykorzystana do opowiedzenia innej niż poprzednio historii. Znajome kadry, rekwizyty, sytuacje – wszystko to jest czerpaniem ze spuścizny poprzednich dzieł z serii, ale jednocześnie nigdy nie świadczy o zbyt silnym przywiązaniu do legendy.

A cóż lepiej wzmocni i uwiarygodni przekaz o zrywaniu krepujących łańcuchów konserwatyzmu przy jednoczesnym czerpaniu z tradycji jeśli nie wyrażenie go poprzez najbardziej konserwatywną markę w historii popkultury i brutalne odcięcie się od jej zasad?

Rebelia to bunt, prawda? Więc się buntuję.

Taka rewolucja jest interesująca sama w sobie, ale fakt, że dotyczy to właśnie „Gwiezdnych wojen” podnosi tę decyzję do rangi arcydzieła. Nie ma większej ikony symbolizującej kulturę geekowo – nerdową. Nie ma ważniejszych fundamentów, na których wyrosło owo zjawisko. Nie ma innego uniwersum, któremu oddane byłoby z takim zaangażowaniem tylu ludzi na przestrzeni tylu lat. Nie ma innej marki, której właściciele tak skrupulatnie pilnowaliby zgodności każdego jej elementu z odgórnie przyjętym kanonem. Z jednej strony przekonywali dzięki temu do siebie kolejne pokolenia fanów, ale z drugiej umacniały swój konserwatywny charakter. Nagle bastion kultury nerdowej, za członka której sam się uważam, za sprawą „Ostatniego Jedi” upada, w dodatku w niektórych aspektach stając się wręcz antynerdowy. Kilkukrotnie ociera się o autoparodię mająca na celu podkreślić dystans twórców do wydarzeń które opisują. Co prawda humoru nie brakowało w poprzednich filmach z sagi, ale był on dodatkiem i nie dotyczył prowadzonych z powagą wątków głównych. Teraz wyśmiewając traktowane wcześniej z namaszczeniem sytuacje wydaje się namawiać do dystansu najbardziej zaangażowanych w uniwersum fanów, co może być przez nich zinterpretowane jako drwiny z ich pasji. Trudno wyobrazić sobie bardziej spektakularny i odważniejszy bunt. I dlatego, choć mam filmowi bardzo dużo do zarzucenia to jednocześnie „Ostatni Jedi” w mojej ocenie jest równie ważnym wydarzeniem w historii marki, jeśli nie popkultury, co „Nowa nadzieja”.

Dobre pytanie, na inny czas.

Podjęcie tak odważnych decyzji stało się możliwe prawdopodobnie dlatego, że Disney najwyraźniej zrozumiał, czym są „Gwiezdne wojny” 40 lat po premierze części IV. To już nie jest kosmiczna saga, w której centrum znajduje się kilka filmów. To wielki, wielopokoleniowy, transmedialny popkulturowy projekt.

Konsekwencją tego szerokiego spojrzenia na markę jest niestety też to, że znaczenie fabuł filmów dla budowania historii całego uniwersum znacznie zmalało. Poszczególne watki zostały rozstrzelone po mnóstwie innych mediów jak książki czy komiksy. W kwestii snucia opowieści i budowania świata filmy stały się właściwe ilustracjami i motywatorami do sięgnięcia głębiej. To kim może być Snoke, jaką rolę w służbach Najwyższego Porządku pełni kapitan Phasma czy dlaczego C3PO posiada jedną rękę czerwoną, dowiemy się zgłębiając inne media. Taki zabieg nie musi się oczywiście odbiorcom podobać i, prawdę mówiąc, mnie również. Przede wszystkim odbija się to bardzo na poziomie rzemiosła w filmach kinowych, które pozbawiają nas klasycznej ekspozycji i zmuszają do sięgnięcia po literaturę, na którą możemy nie mieć czasu, finansów lub zwyczajnie ochoty. Faktem jednak jest to, że patrząc na dorobek całej marki, niezliczonych nowych bohaterów i wątków na przestrzeni 40 lat, taki stan rzeczy istniał od bardzo dawna.

Jakby z milionów gardeł wydobył się krzyk przerażenia, a potem nastała cisza.

Wraz z rozrostem uniwersum powiększały się również grupy odbiorców, dla których „Gwiezdne wojny” oznaczały coś zupełnie innego. Dla jednych to historia rodu Skywalkerów, dla kogoś innego animowane filmy dla dzieci, a jeszcze inni oczekują od marki poważnych opowieści poszerzających wiedzę o uniwersum. Każdy bierze ze „Star Wars” co mu się podoba i sam układa własną wizję tego, jak powinny być kontynuowane losy odległej galaktyki. Oglądając część VIII zapewne zwróciliście uwagę na zupełnie inne rzecz niż ja. Odcięcie się od „Przebudzenia mocy” było dla mnie największą zbrodnią jaką ten film uczynił, przykrywającą wszystkie inne jego niedostatki. Oceniałem go przez pryzmat tego zabiegu i dlatego też poruszyłem ten temat w swoim tekście. Sadząc po opiniach w internecie wielu osobom nie przeszkadzało takie, a nie inne potraktowanie wątków rozpoczętych w części VII. Widziałem za to dużo krytyki związanej z logiką funkcjonowania maszyn czy bardzo skrótowym przedstawieniem na ekranie kapitan Phasmy, które to rzeczy zupełnie nie wpłynęły na mój odbiór filmu. Bardzo skrajny stosunek budzą elementy humorystyczne, odchodzące od klimatu kina przygody w stronę slapstiku. Sam wolałbym, aby nie było ich wcale, ale widziałem na sali zachwyconych widzów i to w różnym wieku. Jestem natomiast miło zaskoczony wątkiem Rey i Kylo, który zrobił na mnie chyba największe wrażenie. Wreszcie los Luke’a Skywalkera. Choć sam zrealizowałbym ten watek inaczej to w filmie był on dla mnie inspirujący i ciekawy. Znam jednak fanów zdruzgotanych tym co zobaczyli. Jak połączyć tyle oczekiwań i zadowolić wszystkich? Być może najlepszym rozwiązaniem jest zerwanie ze sztywnymi ramami i danie do zrozumienia, że wszyscy, twórcy i odbiorcy, jesteśmy po prostu tymi dzieciakami z epilogu „Ostatniego Jedi”. Wszyscy bowiem bawimy się zainspirowani legendami na których się wychowaliśmy, które nas oczarowały i do dzisiaj do siebie przyciągają. A legendy i zabawa mają to do siebie, że nieskrępowane sztywnymi ramami wyglądają i brzmią za każdym razem trochę inaczej.

Ocena „Ostatniego Jedi” jako filmu powinna być oczywiście dużo bardziej zniuansowana. Film boryka się z wieloma problemami w kwestii tempa, zasadności poszczególnych wątków, scenariuszowych nielogiczności i wyważenia tonu, ale wrócimy do tego w większym gronie w 49 odcinku naszego podcastu kulturalnego #Kolaudacja: Show, na który serdecznie zapraszam.