„Księżyc eksplodował bez uprzedzenia i bez żadnego widocznego powodu.” Takimi słowami może się zacząć bardzo dobra albo bardzo zła historia. Tym razem jest to opowieść, którą z wielu powodów można nazwać „twardą”. Czy każdemu czytelnikowi wystarczy sił, aby przebić się przez jej skorupę i zostać świadkiem zagłady całej planety, co postarał się opisać Neal Stephenson w powieści „7EW”?

Na wstępie uczciwie przyznaję, że nigdy dotąd nie przeczytałem jakiegokolwiek dzieła tego autora. Nie ze względu na objętość, chociaż ich wydania w twardej oprawie zawsze kojarzyły mi się z potencjalnymi narzędziami zbrodni. Pod koniec 2015 roku, gdy buszowałem po liście bestsellerów Amazona w poszukiwaniu wartych uwagi powieści s-f, na listę trafiło „Seveneves”. Jak to często w moim przypadku bywa, tytuł wypadł mi z głowy na długie miesiące i dopiero przy okazji polskiej premiery postanowiłem zmierzyć się z tym 900-stronicowym dziełem.

Neal Stephenson
Neal Stephenson

Kilka słów przywołanych na samym początku tego tekstu przypieczętowuje los jakichś 7 miliardów ludzi. Części naszego satelity oddziałują ze sobą i nieuchronnie zderzają tworząc jeszcze więcej fragmentów. Za dwa lata doprowadzi to do Białego Nieba i Kamiennego Deszczu, jak zostają nazwane zjawiska, które podpalą Ziemię i uczynią ją niezdatną do zamieszkania na tysiące lat. Na szczęście już od kilkunastu lat człowiek jest stale obecny w przestrzeni kosmicznej. Rodzi się plan, aby wysłać więcej ludzi i sprzętu, aby powiększyć Międzynarodową Stację Kosmiczną i przekształcić ją w „Arkę w Chmurach”, gdzie niewielki odsetek ludzkości (zaledwie 1500 osób) będzie mógł nadal żyć.

Wszystko to zostaje ustalone na pierwszych stronach powieści, więc całe napięcie skupia się na tym, czy i jak plan zostanie zrealizowany w wyznaczonym terminie oraz kto przeżyje kataklizm. Obok opisów polityki, która diametralnie zmieniła swój kierunek, i działań na orbicie dostajemy też czasami zabawne opowieści o tym, jak życie w czasach ostatecznych wpływa na globalną kulturę.

Niezwykła koncentracja Stephensona na każdym aspekcie sytuacji jest imponująca, następnie staje się nieco przytłaczająca, aby ostatecznie wciąż zdumiewać czytelnika, który zastanawia się, kiedy autor przestanie opisywać przedmioty i zacznie opisywać ludzi. Jednocześnie staje się wtedy jasne, że takie podejście jest najwłaściwsze dla opisywanej sytuacji. W tych niezwykle dziwnych i wrażliwych warunkach drobiazgi mogą stanowić różnicę między wyginięciem a kontynuacją bytu jako gatunku. Chodzi o fizykę i logistykę; sama natura ludzka ma ograniczone znaczenie, istotne tylko w zakresie, w jakim wpływa na prawdopodobieństwo przetrwania.

Przez dwie trzecie powieści otrzymujemy ogrom wiedzy na temat fizyki i przebywania w kosmosie: pracy, spania i rozmnażania, niepewności życia na łasce promieniowania kosmicznego. Ale przeważnie uczymy się zagadnień z mechaniki orbitalnej. Perygea, apogea, niebezpieczeństwa związane z posiadaniem sześciu stopni swobody. Cała groza, ironia oraz brutalne fakty wynikające z życia w obniżonej grawitacji. Nawet proste inercyjne konsekwencje uderzenia kogoś w twarz.

Międzynarodowa Stacja Kosmiczna w dniu zero.
Międzynarodowa Stacja Kosmiczna w dniu zero.

W „7EW” znajdziemy również opisy emocji – samotność, miłość, momenty, w których bohaterowie zmuszeni są zmierzyć się z faktem, że wszystko i wszyscy na Ziemi umrą. Często jednak wydają się to być sprawy zupełnie drugorzędne i nigdy nie przychodzą bez dokładnego opisu sposobów komunikowania się pomiędzy bohaterami i pozycjonowania ich w obrębie ograniczonej przestrzeni, w jakiej się aktualnie znajdują.

W pewnym momencie Dinah, kobieta inżynier robotyki na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, przyszłym rdzeniu nowego domu ludzkości, próbuje dać tabliczkę czekolady innej kobiecie o imieniu Tekla, zajmującej się rozbudową konstrukcji w przestrzeni kosmicznej, zamieszkującej nadmuchiwaną bańkę na zewnątrz okna kabiny Dinah. To chwila na przyjrzenie się bohaterkom, pokaz bliskich relacji między dwiema ważnymi postaciami. I wszystko w porządku, z wyjątkiem tego, że Stephenson wykorzystuje w tym momencie kilkanaście stron, aby opisać historię i funkcjonowanie mechanizmu, który pozwala Tekli przemieścić się między jej kosmicznym kombinezonem a bańką. Wszystko to jako sposób na powiedzenie, że transfer czekolady między dwiema kobietami jest trudny i wymaga niemało sprytu (i pomocy robotów).

Choć większość pisarzy hard s-f zajmuje się wyłącznie wyjaśnianiem jak niszczyciele gwiezdne skaczą w nadprzestrzeń, Stephenson podjąłby dyskusję (prawdopodobnie na jakieś 20 stron), jak uchronić personel Gwiazdy Śmierci przed osteoporozą. Tam, gdzie większość twardej s-f naprawdę oznacza „mnóstwo laserów, a potem trochę o tunelach nadprzestrzennych”, on zasypuje czytelnika twardą balistyką, twardą genetyką i twardą socjologią. I ostatecznie nie robi tego w sposób irytujący, ale niezwykle interesujący. Opowiada o milionach rzeczy, które mogą zabić w kosmosie i o dwóch lub trzech, które naprawdę inteligentni ludzie mogą zrobić, aby pozostać przy życiu.

Nie opisałem tutaj jeszcze wielu elementów, które można odnaleźć w tej powieści, czy to podane wprost, czy też pozostawione czytelnikowi do głębszej refleksji. Jeżeli zdecydujecie się po nią sięgnąć, obiecuję, że na pewno nie raz Was ona zaskoczy. Jeśli kiedykolwiek Księżyc zasypie niebo swoimi odłamkami, może nie będzie to dzieło, które trafi na szczyt listy wartych zachowania dla potomności. „7EW” będzie za to jednym z niezłych sposobów spędzenia czasu w oczekiwaniu na koniec świata.

Tomasz Dziel