Przedstawiamy TOP 10 płyt 2019 roku wg Kliniki Dominika.

Wybór okazał się bardzo trudny, ponieważ wstępnie zakwalifikowałem aż 28 albumów! Jest to zaskakujące także dla mnie ponieważ w pierwszej chwili sądziłem, że nie uzbieram nawet 10. Wracając jeszcze do tych 28. Każdy z nich jest przynajmniej przyzwoity, choć po prawdzie większość jest świetna. Z tego względu nad finalną listą pracowałem kilka godzin. Jest to oczywiście rzecz czysto subiektywna, dlatego zachęcam do dyskusji. 

tl; dr – Jeśli z jakichś powodów nie chce wam się czytać całej listy, to zapraszam na sam dół artykułu 🙂

10. Carnivorous Plant Society – Tiny Ruins

Po zaciętym boju, płaczu i cięciu, zostało mi 11 albumów. Dylemat był bardzo trudny. Postanowiłem więc pójść pod prąd i wybrałem ten mniej popularny. Z nieznanych mi powodów bardzo zależy mi na promocji mniej znanych wytworów kultury. Co do samego albumu, Malutkie Ruiny ujęły mnie klimatem i pomysłowymi aranżacjami. Ten album jest przyjemny, a jednocześnie nie jest w żaden sposób nudny. Nadaje się do wielokrotnego odtwarzania. A dodatkowo im dłużej trwa tym głębszy się staje. Na początku to miłe plumkanie, potem zaczyna się ciekawe. Warto przesłuchać w całości za jednym zamachem.

9. Foals – Everything Not Saved Will Be Lost part 2

Floals to zespół niezwykle płodny. W tym roku wydał dwie płyty, które składają się na całość. Ja wolę jednak traktować je osobno. Po pierwsze dlatego, że nie czuję w nich zwartej całości, a po drugie dlatego, że ta druga jest jakościowo lepsza i bardziej równa od pierwszej. Foals to zespół który gra energiczną muzykę oscylującą gdzieś wokół szeroko pojętej muzyki rockowej. Ma jednak swój charakter, który pozwala włączać go do zestawień muzyki alternatywnej. Fajny, rozrywkowy album z lekkim pazurem. Jest to muzyka, która może pogodzić gusta osób, które nie zawsze poszukują w tych samych rejonach.

8. Compro Oro – Suburban Exotica

Zespół Compro Oro pochodzi z Belgii. Jest za to instrumentalna płyta początkowo energetyczna, a potem nostalgiczna. Jest to jedna z tych płyt, które puszczam kiedy potrzebuję się skoncentrować. Dobre melodie, ciekawe aranżacje, niezłe brzmienia. Płyta trochę niepozorna, ale godna.

7. Elbow – Giants Of All Sizes

Ten album to z jednej strony przebłysk geniuszu, a z drugiej żywy obraz rozczarowania. To płyta, która po 3 singlach zdawała się lecieć po złoto na podium nie tylko mojej listy. Co zawiodło? Nierówność. Ta płyta to 3 wspaniałe, wielkie utwory i cała reszta tylko przyjemnych wypełniaczy, które jednak wlatują jednym uchem, a wylatują drugim. Dlatego gdyby to był ranking singli, to kto wie – może Dexter and Sinister byłby na szczycie podium, a tak mamy miejsce 7. Niezależnie od tego jest to album wart zauważenia, a nawet zapamiętania!

6. Metronomy – Metronomy Forever

Lubię Metronomy. To zespół, który może nie zawsze grał równo, ale od pewnego czasu podoba mi się każdy ich kolejny album. Niezależnie jaka jest prawda, kiedy ich słucham to mam wrażenie, że gdybym miał spełnić się jako muzyk, to grałbym coś właśnie w ten deseń. Ich muzyka choć rozrywkowa, jest dla mnie mocno osobista. Nawet jeśli główny singiel jest o lodach o smaku słonego karmelu (co rzecz jasna nie jest tutaj żadną ujmą).

5. Król – Nieumiarkowania

Debiut Króla, album Nielot z 2014 r. darzę szczególną sympatią. Kiedy więc nadszedł drugi album, rzuciłem się na niego ze smakiem. Okazało się jednak, że to nie to. Że jakieś wtórne, że mniej smaczne i ogólnie średnie. Do kolejnych płyt straciłem zapał. Dlatego kiedy bez przekonania włączyłem Nieumiarkowania, zdziwiłem się ogromnie. Piąta płyta, ale pierwsza jakość! Świeża, ciekawa, pomysłowa płyta. Król zwiększył tempo i poszedł w intrygujące, zmuszające do refleksji teksty. Ostatnio okazało się, że album ten zdobył uznanie krytyków z GW. Widać nie tylko ja mam podobną percepcję. Świetny materiał!

4. Ty Segall – First Taste

Na mojej liście znajdują się dwie płyty z gatunku kiedyś zwanego Psychodelicznym Rockiem i to jest pierwsza z nich. Chropowata, nieco agresywna i momentami ciężka, a jednocześnie niezwykle atrakcyjna. Jakiś czas temu na pewnej grupie napisałem o niej “Im dalej w las, tym większy kwas”. Ten album nie był raczej komponowany na trzeźwo i jest to jedna z jego największych zalet. Jeśli zatem gustujesz w dziwacznych światach ludzkich umysłów, to owszem – ta płyta jest dla Ciebie. 

3. Drenge – Strange Creatures

Z różowej chmury trafiamy do miasta. Nie wiem o czym jest ta płyta, nie wsłuchiwałem się zbyt mocno w teksty, ale nastrój tej muzyki kojarzy mi się z przejazdem metrem w godzinach szczytu. Jest głośno, hałaśliwe i niby nieprzyjemnie, a jednak w tym miejskim zgiełku czai się harmonia, porządek oraz solidne kopnięcie w drzwi. Dużo energii, ostre gitarowe riffy, a jednocześnie taneczność i światło w tunelu metra. I za to wszystko razem Drenge otrzymuje zaszczytne miejsce w pierwszej trójce tegorocznych albumów roku.   

2. The Flaming Lips – King’s Mouth

Przy okazji miejsca czwartego pisałem o dwóch psychodelicznych albumach. Oto drugi z nich. Królewskie Usta to epicka baśń muzyczna o królu olbrzymie, który poniósł śmierć ratując swoją krainę przed lawiną. Jednocześnie jest to także staro szkolny koncept album, który przywodzi na myśl czasy kiedy to na szczytach list królowało Pink Floyd. Jest tam sporo pięknych melodii, ciekawych dźwięków i że tak to ujmę “odlotowych” (używając tego określenia czuję jakbym miał 20 lat więcej na liczniku) klimatów. To opowieść w którą można się zanurzyć i z którą chce się wytrwać do końca. No i za każdym razem kiedy słucham Electric Fire, to ze wzruszenia łka cicho moja słowiańska dusza. Jest w tej melodii coś co porusza mnie z taką samą siłą przy każdym przesłuchaniu. To piękny i ważny album.   

1. These New Puritans – Inside The Rose

Album numer 1 to płyta do której musiałem dorosnąć, którą musiałem przeżyć, przetrawić i poczuć. Kiedy słuchałem jej pierwszych kilka razy, to nie sądziłem, że trafi na piedestał i to na samą górę rankingu. To niezły album, ale dlaczego jest tak wysoko? Aby to zrozumieć należy sięgnąć do historii zespołu. W 2010 roku pojawił się ich drugi album. Hidden była monumentalną płytą pełną rytmów i bębnów. Była także dziełem, które na nowo otworzyło mi oczy na świat rytmów oraz na to, że są one niejako innym wymiarem muzyki. Z przodu wysokie uderzenia metalicznych brzmień które kojarzyć można z industrialnym klimatem, na to nałożona warstwa energicznych perkusji, a w tle, niczym wybuch wulkanu wszystko przechodzi głęboki bas wielkiego japońskiego bębna. Oszalałem i pożądałem kolejnej płyty, która znów nada rytm mojemu życiu. W 2013 roku nadszedł chwalony przez krytyków Field of Reeds. Mnie jednak wydawał się bez smaku. Nie było na nim w zasadzie w ogóle żadnych rytmów, a jedynie rozwlekłe nieco ambientowe brzmienia. Poczułem się oczywiście bardzo zawiedziony, choć po prawdzie z dystansu czasu nie dziwię się zespołowi. Po trasie koncertowej codziennego walenia w dziesiątki bębnów każdemu odechciałoby się kaskad rytmów i miarowych uderzeń. Kiedy w 2019 r. nadszedł wreszcie wyczekiwany Inside The Rose miałam cichą nadzieję na powtórkę z Hidden. Prawdziwy artysta to jednak takie zwierzę co musi chodzić własnymi drogami. Dopiero po którymś przesłuchaniu doszło do mnie czego właściwie doświadczam. Oto został nam dany album, który w sposób genialny (i nie nadużywam znaczenia tego słowa) łączy ze sobą monumentalność rytmiki Hidden i melancholijność Field of Reeds. Dzieło w sposób niewyobrażalny łączy sprzeczne ze sobą dosłownie skrajne nurty, a przy tym pozostaje albumem kameralnym i niezwykle pięknym. Nie wiem jakie wrażenia sprawia Inside the Rose bez kontekstu, który opisałem powyżej, ale opinie o nim widziałem pozytywne. Zachęcam was gorąco do poznania Wnętrza Róży najlepiej w kontekście poprzedniczek. 

Załącznik:


0. The Drones –  Feelin Kinda Free

Tak się czasem zdarza, że album, na który natrafiamy w 2019 r. został wydany w roku 2016. Z tego powodu taki krążek nie może trafić do TOP 10 roku 2019. Ale od czego mamy załączniki 🙂 Feelin Kinda Free to album który przypomina picie alkoholu z zamkniętym w sobie znajomym. Na początku jest szorstki, wiele o sobie nie mówi, a nawet jest trochę opryskliwy i zaczynamy się zastanawiać, czy zainwestowanie czasu w tę znajomość nie było jego stratą. Wtedy jednak dochodzi do połowy drugiego piwa kiedy nasz znajomy zaczyna się otwierać. Mówi więcej o sobie, zaczyna wspominać stare czasy a nawet nam się zwierzać. I tak czas w knajpie miło mija, kiedy nagle gdzieś przy okazji 4, a może i 5 kufla znajomy zaczyna wspominać swoją byłą, z którą nic go nie łączy, ale którą nadal kocha. Zaczyna płakać, wyć, smarkać nam w rękaw i przekonywać, że to nie on był w tym złym. W tym momencie zostaje go przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, a czas leczy rany. I taki właśnie jest ten album. Na początku nieprzyjemny, a potem staje się ważną częścią naszego życia. Nic więc dziwnego, że zwykle słuchałem go począwszy od utworu oznaczonego numerem 3. Potem jednak zacząłem brać go jako całość.

A teraz obiecane materiały dla leniuszków 😉


Wszystkich 28 zakwalifikowanych płyt w jednej playliście (to przeszło 19 godzin muzyki) https://open.spotify.com/playlist/736ZgJqyU5njqHfIraaV2U

28 singli, bądź moich ulubionych utworów z w/w płyt https://open.spotify.com/playlist/0n7C5jkweAITfsZ3QHkWw7

Oraz 10 utworów z 10 najlepszych płyt tego roku by Klinika, ułożonych w kolejności od 1 do 10 miejsca  https://open.spotify.com/playlist/3XTRrn2RnmHX0TADCIgXkI

Dominik Nowak