Atomic Blonde” to niestety mój kinowy zawód. Nie powinno się w ten sposób zaczynać opisu swoich wrażeń, ale to silne uczucie wybijało się ponad inne i towarzyszyło mi podczas seansu, zaraz po wyjściu z kina oraz na drugi dzień. Wielka szkoda, zwłaszcza, że poszczególne elementy wydają się być idealnymi składnikami na wakacyjny hit.

Przygody równie zabójczej, co seksownej agentki MI6 najlepiej sprawdzają się jako nostalgiczna podróż do przełomu lat 80 i 90 ubiegłego wieku. Osadzenie akcji po obu stronach muru berlińskiego tuż przed jego upadkiem pozwoliło twórcom fantastycznie sportretować wizualnie zarówno szarzyznę oraz próbę ucieczki od niej w NRD, jak i skąpane w neonowych pastelach Niemcy Zachodnie. Komiksowy rodowód opowieści wręcz zachęca do drobnej przesady, skutkiem której na ekranie widzimy prawdziwą rewię mody wszelakiej tamtych lat, przestylizowanych bohaterów odgrywających swoje własne archetypy oraz dziesiątki lokacji, rekwizytów i samochodów przenoszących widzów w czasie. Wszystko to ujęte jest w pięknych, teledyskowych kadrach i doprawione mniej lub bardziej znanymi hitami muzycznymi z epoki, w której doskonale odnajdują się aktorzy odgrywający plejadę szpiegów wszelkiej specjalizacji i narodowości.

Atomic Blonde (2017)
Charlize Theron and James McAvoy

Absolutną gwiazdą filmu jest Charlize Theron. Kamera nie szczędzi jej bardzo bliskich zbliżeń twarzy i eksponowania ciała, scenariusz – bystrości umysłu, zaś reżyser – imponująco wyglądających choreografii walk.  Nie mniej przykuwający uwagę jest James McAvoy. Ucharakteryzowany na doświadczonego życiem na ulicy cwaniaczka zdaje się wyjątkowo cieszyć swoją rolą. Zresztą raczy to czynić praktycznie zawsze i wielka szkoda, że kariera częściej pcha go do letnich blockbusterów niż na plany filmowe pozwalające mu w pełni zaprezentować swój talent. Sofia Boutella, mimo wielkich jej starań, pełni tutaj rolę głównie estetycznego i erotycznego ozdobnika. Do listy nazwisk można dopisać Johna Goodmana czy Eddiego Marsana, choć nie goszczą oni na ekranie na tyle długo, aby zadowolić wielbicieli ich talentów.

Osoba reżysera, który ma na koncie „Johna Wicka”, pozwala przypuszczać, że ze wszystkich możliwych odmian kina szpiegowskiego „Atomic Blonde” cechuje duża liczba padających przy akompaniamencie wystrzałów z broni palnej ciał i zezłomowanych samochodów. I faktycznie, kiedy rozgrywane są w filmie sceny akcji, możemy podziwiać fantastyczne popisy choreograficzne i kaskaderskie zakończone często czyjąś bardzo efektowną i brutalną śmiercią bądź okaleczeniem. Przy ich realizacji autorzy czerpali prawdopodobnie inspirację z wielu klasyków kina akcji jak „Tożsamość Bourne’a”, „Raid” czy właśnie „John Wick”. W pamięci zostanie Wam z pewnością, grana na trochę oszukanym jednym ujęciu, długa, bardzo brutalna i dość komiksowa pod względem wytrzymałości bohaterów sekwencja eskorty. Zawiedzie się jednak ten, kto oczekuje od „Atomic Blonde” strzelano-kopanego hitu z Keanu Reeves’em w wersji feministycznej. Bowiem film, pomijając inna przynależność gatunkową, ma ewidentnie ambicje być czymś więcej, przez co jego zdecydowaną większość wypełniają momenty nieśpiesznych rozmów i, wbrew temu co twierdzi bohaterka, ekranowej turystyki z miejsca na miejsca. Niestety.

Kino szpiegowskie charakteryzuje się często mnogością wątków i bohaterów, którzy próbują wywieść w pole nawzajem siebie, a przy okazji również widza. To gatunek wymagający zarówno od scenarzysty jak i reżysera niezwykłej biegłości w swoim fachu. Łatwo bowiem widza zmęczyć i w efekcie znudzić.  W „Atomic Blonde” za zbyt rozciągniętą, niepotrzebnie skomplikowaną narracją kryje się w gruncie rzeczy bardzo prosta, wręcz banalna w wymowie, i nie do końca logiczna historyjka o polowaniu na listę agentów. Zaskakujące decyzje montażowe sprawiają, że film ma miejscami dziwne tempo. Często tłumaczy po kilka razy oczywiste rzeczy, zaś w innych sytuacjach posługuje się niepotrzebnie skrótami. Kiedy gubimy nagle jakieś postacie lub wraz z bohaterką odwiedzamy bez celu kolejne lokacje, można odnieść wrażenie, że paradoksalnie w nieśpiesznym tempie opowieści panuje pewien chaos. Utrudnia to zaangażowanie w historię. Los postaci był mi więc obojętny, intryga nie trzymała w napięciu, sceny akcji, choć efektowne, nie miały odpowiedniego podbudowania emocjonalnego, a zwroty akcji, których jest w tym filmie zdecydowanie za dużo, nie wywierały żadnego wrażenia. To wszystko sprawia, że po nacieszeniu zmysłów klimatem i bohaterami możemy się zacząć zwyczajnie nudzić.

Więcej wrażeń i dokładniejsze omówienie filmu już w następnym odcinku podcastu kulturalnego #Kolaudacja: Show.

Tomek Pieniak

Ps. Chciałbym jeszcze poruszyć kwestię przemocy wobec kobiet w tym filmie. Pozornie ma on wymowę feministyczną. Główna bohaterka to heroina bez problemu stawiająca czoła zastępom czyhających na jej życie mężczyzn. Jednak, choć brutalnie masakrowani w scenach akcji są przedstawiciele obu płci, odnoszę wrażenie, że rany zadawane kobietom są poddane pewnej kinowej fetyszyzacji. Przejawia się to chociażby w tym, że kamera nie zna litości w pokazywaniu poobijanego nagiego ciała Charlize Theron. Widać to też w scenie, gdy inna bohaterka, w samej bieliźnie, jest dłuższy czas duszona i obijana przez napastnika, podczas gdy ten sam agresor wobec mężczyzn stosuje zdecydowanie szybsze i efektywniejsze metody.