Jako fan serii Tomb Raider nie mogłem sobie odmówić przedpremierowego seansu najnowszej kinowej odsłony przygód Lary Croft. Śpieszę więc donieść, że w przeciwieństwie do niedawnej ekranizacji innej serii gier – Assassin’s Creed, film z Alicią Vikander jest oglądalny. Najlepiej na VOD.

Gdybym miał jednym słowem określić „Ostatniego Jedi”, byłoby to: rebeliancki. Niezwykle odważny w swoim buncie, ale, jak sam uczy, taka postawa nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem, bo też nie zawsze jest tego zrozumienia godna.
UWAGA: TEKST ZAWIERA SZCZEGÓŁY FABUŁY „PRZEBUDZENIA MOCY” i „OSTATNIEGO JEDI”.

Zadawaliście sobie kiedyś pytanie, kim jesteście w grze? W jaki sposób gra wykorzystuje Was jako graczy w akcie narracji? Kim jesteśmy w opowieściach snutych przez gry? Z pozoru najtrafniejszą odpowiedzią wydawałaby się ta sugerująca, że bohaterem, którym sterujemy, ale to nie zawsze jest to takie oczywiste i nie zawsze oznacza to samo. A jeśli nie jesteśmy bohaterem, to kim? Obserwatorem? Narratorem? A może bogiem?

Atomic Blonde” to niestety mój kinowy zawód. Nie powinno się w ten sposób zaczynać opisu swoich wrażeń, ale to silne uczucie wybijało się ponad inne i towarzyszyło mi podczas seansu, zaraz po wyjściu z kina oraz na drugi dzień. Wielka szkoda, zwłaszcza, że poszczególne elementy wydają się być idealnymi składnikami na wakacyjny hit.